Ilość stron: 256
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ocena (1-10): 4 – może być

Nie czytałam jeszcze książki, która opowiadałaby o grubasce (pomijając moją, na której skończenie permanentnie brak mi czasu i chęci) i o tym, jak jej się żyje. Z tego też powodu, gdy w jednej z gdańskich bibliotek mignęła mi na półce różowa okładka Grubej, wypożyczyłam ją z ciekawością, chcąc przekonać się, co też jej autorka wymyśliła.
Zaczyna się całkiem przyzwoicie. Główną bohaterką książki jest Magda, zajmująca się grafiką komputerową. To naprawdę gruba, dwudziestoośmioletnia baba, która pracowniczym biurku ukrywa kilogramy słodkości, podjadane przez nią w czasie pracy. Dziewczyna mieszka z niezwykle toksyczną matką, używającą sobie na córce w najlepsze, racząc ją mniej lub bardziej wyszukanymi epitetami. Szybko przekonujemy się, że Magdzie nie jest łatwo wytrzymywać pod jednym dachem z tą wredną, uzależnioną od ćwiczeń i programów publicystycznych kobietą, dlatego też z utęsknieniem wyczekuje na odebranie wymarzonych kluczy od dawno już kupionego mieszkania. Dużo czasu spędza u swojej ukochanej babci, z którą wspólnie obżerają się słodkimi przysmakami (brzmi znajomo...). Babcia Magdy jest jedyną osobą, która uważa, że jej wnuczka wygląda zdrowo, ale nie grubo. Prawdą jest jednak, że nasza bohaterka dawno przekroczyła sto dwudziesty kilogram i wciąż tyje w najlepsze, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Dopiero gdy staje na wadze w gabinecie lekarskim, coś do niej trafia...
Świetnie. Magda jest najgłupszą bohaterką książki, jaką ostatnio poznałam (gorszą nawet od Wiktorii z Ja, diablica). Nie wiem, czy autorka była kiedykolwiek gruba (dam sobie rękę uciąć, że nie, i chyba trochę za mało czasu spędziła na śledzeniu w Sieci wypowiedzi osób otyłych), bo jej pojęcie o tym, jak zachowują się grube kobiety, co czują i jak odbierają otoczenie, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Bohaterka książki jest nadzwyczaj tolerancyjna dla swojej otyłości. Opis tego, jak zjadła (mam ochotę użyć słodkiego wulgaryzmu, który dosadniej opisałby to, co mam na myśli) w pracy cały tort, który dostała od szefa na urodziny, sprawił, że miałam ochotę zwrócić obiad. Ktoś w pracy raczy ją nie do końca przyjemnym zdaniem? Okej, Magda słucha i dalej w najlepsze przeżuwa kolejnego tego dnia batona. Wierzcie, lub nie – to chyba najbardziej żenująca, głupia i irytująca bohaterka, z jaką kiedykolwiek miałam styczność. Sookie Stackhouse to przy niej ideał. Być może oceniam ją tak surowo, ponieważ doskonale znam problem, o którym pisze autorka (w przeciwieństwie do niej samej). Książka miała chyba być zabawna (oj tak, momentami jest, ale tylko za sprawą debilnej bohaterki), lekka (jak piórko...) i szybka w czytaniu (to zdecydowanie, chciałam ją jak najszybciej skończyć i o niej zapomnieć). To prawdopodobnie najsłabsza powieść, jaką czytałam w ciągu ostatnich kilku miesięcy i skłamałabym twierdząc, że ją polecam.
Albo nie. Jednak polecam. Jeśli macie ochotę podnieść sobie ciśnienie, przeczytanie tej książki będzie lepsze, niż wypicie pięciu filiżanek kawy.