Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stereotypy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stereotypy. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 maja 2012

O żyrafie, która nigdy nie będzie surykatką

                Biegam sobie po różnych blogach. Lubię TEN  i TEN i jeszcze TEN (kosmetyczny!). TEN też.  Biegam po tych, które lubię, ale biegam także po tych, których nie lubię, głównie ze względu na pojawiające się tam komentarze. Mistrzostwem świata są dla mnie pytania skierowane do szczupłych z natury, delikatnie zbudowanych dziewczyn o to, co robią, by mieć taką doskonałą sylwetkę. A że reaguję alergicznie na głupie pytania (co nie znaczy, że sama ich nie zadaję, gdyż blond momenty zaliczam przynajmniej dwa razy w ciągu dnia), przyszło mi do głowy, by napisać o tym parę słów. W sensie – o tym, dlaczego wysoka, mocno zbudowana dziewczyna nigdy nie będzie drobniutka i na odwrót. 

                Gdzie tkwi sekret idealnej sylwetki? Cóż, ciężko jest w ogóle mówić o jakichkolwiek sekretach. Logicznie myślący i posiadający podstawową wiedzę człowiek wie, że jeśli je więcej, niż jest w stanie spalić, tyje. Jeśli je mniej, chudnie. Oczywiste. Tragicznie zaczyna się robić wówczas, gdy ktoś, kto nie ma możliwości, by stać się kruszynką, usiłuje ów stan rzeczy zmienić. Trochę tak, jakby słoń zapragnął zostać żyrafą. Rzecz niewykonalna.

                Dlatego parę słów o mnie, dla przypomnienia i uświadomienia. Mam 177 cm wzrostu. Szerokie ramiona. I szerokie biodra. Oraz niewielki biust. Mały po prostu, mikroskopijny wręcz. I tyle. NIE MA takiej możliwości, po prostu NIE MA, bym przy mojej budowie ciała była drobniutka i delikatna. Wielka baba ze mnie. Obserwuję się w lustrze każdego dnia. Obserwuję, że ćwiczenia zmieniły moje ciało, ale nie łudzę się, że kiedykolwiek „wycisnę” z siebie coś więcej. Szerokich "barów" sobie nie zmniejszę, bo kości to kości, nie przestawię ich. Miednicy też sobie nie zwężę, przecież czuję i widzę, gdzie jest. 

                Warstwa tłuszczu warstwą tłuszczu – można ją zmniejszyć. Można też ukształtować sobie mięśnie (może macie ochotę na jakieś ćwiczenia na biust i „budyń” na ramionach?), jasne. Ale budowa to budowa, kościec to kościec – na niego wpływu nie mamy. Dzięki ubraniu możemy, rzecz jasna, maskować nasze wady i eksponować zalety. Możemy udawać, że mamy większe wcięcie w talii i szersze biodra, niż w rzeczywistości. Możemy ewentualnie zwęzić optycznie szerokie biodra. Ale nie wszystko można zmienić i o tym pamiętajcie.  

               Poniżej przedstawiam obrazek z najróżniejszymi modelami damskiej sylwetki:        




Który model to Wy?

środa, 17 sierpnia 2011

167. wąskie siedziska.


                Parę dni temu, gdy podczas dni otwartych odwiedziliśmy z Waldkiem PGE Arenę, rzuciło mi się w oczy, że krzesełka na stadionie są... wąskie. Naprawdę wąskie, a osoba z szeroką pupą, cóż... powiedzmy, nie będzie miała zbyt wygodnie. A osoba z olbrzymim tyłkiem na krzesełku się zwyczajnie nie zmieści.  Wypadałoby w takim razie zadać pytanie, czy otyli powinni słusznie oburzać się w tej sytuacji, tak jak w samolotach, gdy muszą płacić za podwójne miejsce? A co z tramwajami, autobusami, kinami i teatrami?
                Zastanówmy się...

Opinia wdm: Wymiary siedzenia to zwykle połowa problemu. Osoby z nadwagą są raczej ogólnie szersze. Ramiona, brzuch, szerzej „rozkraczają” nogi itp. No i chcąc nie chcąc, wchodzą jakby w przestrzeń osób siedzących po obu ich stronach. Z jednej strony to śmieszne, ale z drugiej, dla „dużych” ludzi trochę przykre, gdy np. podłokietniki w kinach (pojedyncze) czy teatrach są całkowicie zajęte przez osobę o ponadprzeciętnych wymiarach. Jest to krępujące zarówno dla nich, jak i ich sąsiadów, którym w takich przypadkach brakuje miejsca. Na stadionach dochodzi do tego często wstawanie i podskakiwanie, co skutkuje ewentualnymi kolizjami z innymi kibicami. Emocje związane z widowiskiem sportowym, ale i samym dyskomfortem związanym z brakiem miejsca mogą być co najmniej nieprzyjemne. A w środkach komunikacji jest ogólnie ciasno dla osób z nadwagą, ciężko jest przejść. Wywołuje to  zakłopotanie i nie jest miłe. Mam wrażenie, że otyli najczęściej szukają miejsc pojedynczych, bez sąsiada, gdzie mogą zająć ”większą przestrzeń”. Moim zdaniem siedzenia nie powinne być szersze, bo aktualne wymiary są dostosowane do „normalnych” wymiarów ludzi, ale i samych szerokości wnętrz środków komunikacji. Ciężko jest podchodzić do tego tematu, bo wychodziłoby na to, że dla grupy otyłych wypadałoby poszerzać wszystkie siedzenia. Są to koszty, a  w dodatku siłą rzeczy doprowadziłoby to do zmniejszenia się ilości miejsc zarówno siedzących, jak i stojących (tramwaj, autobus, metro, trolejbus), a z drugiej strony byłoby to akceptacją otyłości jako takiej. Biorąc to pod uwagę możnaby na przykład stworzyć wydzielone, czy specjalne miejsca, takie jak dla matki z dzieckiem albo dla niepełnosprawnych, tylko że nie wiadomo, czy miałoby to się wiązać już z traktowaniem osób otyłych jak osoby specjalnej troski, obdarzone przywilejami. Czym innym osoby otyłe z powodów chorobowych (mam na myśli naprawdę ciężkie choroby i leki, które w zupełności uniemożliwiają kontrolę wagi), a czym innym osoby, które tyją, bo zwyczajnie nie dbają o siebie i uważają swój stan za coś normalnego.

Opinia limonki:  Pamiętam, że gdy wchodziłam w autobusie w drodze na zajęcia, starałam się wybrać takie miejsce, by nie było widać mojego zwisającego z krzesła tyłka. Siadałam zwykle przy oknie (jeśli było to podwójne miejsce), lub na pojedynczym krzesełku i przysuwałam się możliwie najbliżej do szyby. Siadanie obok kogoś, kto był zdecydowanie szczuplejszy ode mnie było krępujące, ponieważ miałam wrażenie, że wszyscy patrzą na nas i porównują. Lubiłam też w Ikarusie stawać „na kole”, a w solarisach tam, gdzie zwykle jest miejsce dla matek z dziećmi. Nie lubiłam też chodzić do teatru z racji wąskich krzesełek i niewielkiej odległości między kolejnym rzędem. Duży tyłek i długie nogi sprawiały, że było mi okropnie niewygodnie. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że z racji mojej otyłości miałabym urządzać komuś awantury o zbyt małe siedziska, czy krzesła, które wydawały mi się zbyt delikatne jak na moją tuszę. To nie one były złe, tylko ja za duża, z mojej własnej winy. Przystosowywanie czegokolwiek dla wygody osób otyłych wydaje mi się przesadą. Równie dobrze osoby o zbyt dużych i odstających uszach mogłyby żądać zaprojektowania czapek specjalnie dla nich. To porównanie przesadzone, ale celowo – by przedstawić bezsensowność tych teorii. Teraz się odmieniło... Kiedyś nie lubiłam siadać obok osób szczupłych, teraz nie lubię siadać obok osób grubych. Jakoś tak się cisnę, brak mi miejsca, czuję się stłamszona i jak w pułapce. Znalazłam się na miejscu osób, które odczuwały dokładnie to samo, gdy to ja siadałam obok nich i to  ja byłam TĄ GRUBĄ. Już wiem, jak to jest. Jeśli chodzi o wspomniane już krzesełka stadionowe... ich szerokość to średnio 42 centymetry. Mając 104 cm w biodrach mieszczę się w nich bez problemu, choć nie ukrywam, że mogłyby być szersze o 3-4 centymetry. Tylko że jak wspomniał Waldek, oznacza to zmniejszenie ilości siedzeń na stadionie. Stworzenie specjalnej strefy też nie jest rozwiązaniem, bo trąci gettem. Wniosek? Wyciągnijcie sami.


źródło: podroze.gazeta.pl 

Zapraszam ponownie na Zieloną Cytrynę!! Dziś dyskusja o kanonie lektur szkolnych :))))))

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

165. wdm & limonka - rozmówki, cz. I


     Mężczyznom jest łatwiej. Wiecie, z nadbagażem. O grubszym mężczyźnie mówi się: postawny. Potężny. Dobrze zbudowany. Kobieta natomiast zawsze będzie GRUBA. W pierwszej części naszej rozmowy postanowiliśmy rozprawić się z tym stereotypem. Oboje mamy doświadczenie w byciu plus-size, tak więc mogliśmy skonfrontować nasze poglądy w różnych kwestiach. Stąd dyskusja, która koniec końców przybrała zupełnie inny kierunek...

                Limonka: Pozwolisz, że zacznę? Wam jest łatwiej kupować ubrania, gdy jesteście otyli.

                Wdm: Wcale nie łatwiej. Mężczyznom ogólnie jest trudniej kupować ciuchy, tyle że faceci w razie utraty kontroli nad wymiarami, częściej uciekają się do chodzenia w dresach.

                Ja te dresy to tak średnio widzę. Częściej zdarza mi się obserwować potężnych panów w dżinsach zapiętych ciasno pod brzuchem, tuż nad klejnotami...

                No właśnie. A na to wypuszczona koszulka i już facet wygląda na potężnego, a nie grubego. Ale jak zwrócisz uwagę na facetów, którzy nie mają ciuchów dobranych do tuszy, często zobaczysz panóww wyglądających jak kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży, albo jak źli ojcowie, którzy połknęli dzieciom piłkę do kosza.

                Dobrze, panie mądry.  A w czym Ty chodziłeś, gdy doskwierało Ci sadełko?

                Cóż, różnego rodzaju dresy, sportowe spodnie na sznurku lub gumce, do tego bluza bez ściągacza w pasie i dało się wytrzymać. Chociaż kiedy kładłem się na boku, a obok mnie miejsce na łóżku zajmował jeszcze mój brzuch, nie bardzo mi się to podobało. Brzuch u faceta zawsze źle mi się kojarzył. I tak naprawdę to był chyba u mnie główny powod rozpoczęcia walki z nadwagą i wzięcie się za siebie.
  
                No dobra, ale nie byłeś gruby z własnej woli, tylko przez chorobę.

                Dla mnie takie gadanie to uciekanie od odpowiedzialności. Czy ktoś mi wykręcał ręce? Pierwszy skok mojej wagi miałem po urazie kręgosłupa. Z totalnie aktywnego chłopaka (treningi pięć, sześć razy w tygodniu, bieganie, dyskoteki itp.) stałem się leżąco-siedzącym półkaleką. Przyznaję, że w tamtym okresie zaniedbanie siebie najbardziej przypisuję psychice. Przecież nie potrzebowałem jeść więcej, a wprost przeciwnie, a mimo to jadłem właściwie z nudów i dla rozrywki.Co tylko wpadło do ręki. W ciągu roku przytyłem jakieś 20 kilogramów. Kiedy uświadomiłem sobie, że przecież przy urazie kręgosłupa dodatkowa waga była dodatkowym obciążeniem, a i ćwiczenia rehabilitacyjne przychodziły mi z większym trudem, zacząłem dostosowywać ilości i jakość posiłków do faktycznych potrzeb mojego organizmu. Wtedy właśnie zacząłem dużo ćwiczyć metodą Sicka, o której kiedyś pisałem na blogu. Dlatego nikt mi nie powie, że choroby całkowicie uniemożliwiają kontrolę swojej wagi.

     Ale gdy zachorowałeś na wrzody, znów przytyłeś...

                Jak zwykle skrajności są złe dla naszego organizmu. Wrzody były efektem kilkunastu godzin dziennie ciągłego siedzenia za kółkiem, nieregularnych posiłków, dużej ilości kawy z fusami (często nazywanej sypaną, zupełnie jakby rozpuszczalna była wlewana...),   fast foodów, no i papierosów.Nie bez powodu mówi się, że wrzody to choroba zawodowa kierowców. A dieta przy wrzodach, którą przepisał mi lekarz, oprócz wielu ograniczeń spośród większości spożywanych przeze mnie produktów, składała się najczęściej z leciutkich i łatwo przyswajalnych kleików, papek i tego typu rzeczy. Nie wiem, czy to z powodu psychiki, czy tych posiłków, ale czułem się wtedy cały czas głodny. Szybko się okazało, że zalecenia częstego jedzenia, ale nie wskazanie sensownych ilości , bo nikt wtedy na  to nie patrzył, znów zaowocowały tym, że waga  totalnie skoczyła.

                Ile wtedy ważyłeś?

                Ponad sto kilogramów, a mam 180 cm wzrostu i najlepiej czuję się przy wadze 78-82 kg. Teraz ważę 74 kilogramy.

                Więc teraz raczej już nie powiesz, że otyłość przeszkadza Ci w pracy, bo ani nie jesteś otyły, ani nie jeździsz. Jak sądzisz, jak to w ogóle z tym jest u mężczyzn? To znaczy, z pracą?

                Otyłość zwykle przeszkadza, obojętnie czy facetowi, czy kobiecie. Jeżeli mięśnie osiemdziesięcio-, czy dziewięćdziesięciokilogramowego faceta muszą dźwigać dodatkowe dwadzieścia, czy trzydzieści kilogramów, to normalną rzeczą jest, że odbija się to na kondycji, poceniu się, szybszym męczeniu i tak dalej. Krótko mówiąc – często na efektywności pracy. Poza tym wszyscy mówią tylko o wadze. Rzadko kto zwraca uwagę na wygodę ciała i stosunek masy mięśniowej do tkanki tłuszczowej, czy ogólnej masy ciała, a to są równie ważne rzeczy. W tej chwili ważę 74 kg, ale wcale nie jestem za chudy, tylko jest to efektem zmniejszenia się masy mięśniowej.

                Skupmy się jednak na ogólnych kwestiach. Czy twoim zdaniem otyłym mężczyznom łatwiej jest znaleźć pracę, niż otyłym kobietom?

                Chyba ogólnie mężczyznom łatwiej jest znaleźć pracę, bo mogą iść do fizycznej roboty i nikt nie patrzy na ich prezencję, czy na to, ile kilogramów nadwagi mają. Inną kwestią jest to, czy oni w ogóle w tej pracy dadzą sobie radę, czy po pięciu minuach spłyną potem.

                A jak widzi Ci się określanie otyłych mężczyzn w eufemistyczny sposób, a o kobietach mówienie wprost?

Myślę, że to ogólnie efekt naszej kultury i tego, że faceta niby  nie można obrażać, a kobiecie najczęściej ze względu na jej uzależnienie od mężczyzny to już można dowalić z grubej rury. Stereotypem jest duży facet i drobna, uległa mu kobieta. Uważam, że w dzisiejszych czasach mówienie o kimś w taki, a nie inny sposób, to jest tylko i wyłącznie wynik kultury osobistej każdego z nas. Zawoalowanie swojego wyglądu jakimiś tam eufemizmami, to czyste lenistwo, albo efekt górowania nad kimś.

Co chcesz przez to powiedzieć?

No bo wyobraź sobie dwie scenki. Pierwsza, wspomniana przez Ciebie kiedyś fajna, zgrabna sekretarka i jej otyły dyrektor. Czy uważasz, że ona, albo ktokolwiek z pracowników z oczywistych względów zawodowych ośmieli się powiedzieć dyrektorowi, lub o nim,  że się spasł, albo zaniedbał, albo że poci się jak prosiak w garniturze za parę tysięcy? Tak samo w rodzinie. Jeżeli facet jest osobą dominującą, a często utrzymującą rodzinę, rzadko która kobieta powie o nim, że jest gruby. Określi go jako potężnego, przysadzistego, albo przy kości, ale nie jako grubego. O obcych powiedzieć coś takiego wprost jest o wiele łatwiej.

Koniec części PIERWSZEJ.

wtorek, 2 sierpnia 2011

164. wypasacze.

Kiedy kilka dni temu, gdy w najlepsze wcinałam kokosowy biszkopt mojej mamy, zadzwoniła do mnie Dominika (jedna z czytających nas dziewczyn, a prywatnie moja koleżanka) pomyślałam, że coś się stało. Że bloga wcięło w cyberprzestrzeni, IV Rzesza zaanektowała Gdańsk, albo coś jeszcze gorszego. Grobowym głosem oznajmiła, że MUSZĘ obejrzeć film, do którego link wkleiła w komentarzu pod ostatnim tematem. I żebym najlepiej podczas oglądania niczego nie jadła. Ja jednak, będąc nieustraszoną wielbicielką wszystkiego co najgorsze na ekranie, wyposażyłam się w kolejną tego dnia porcję kruchych, wiśniowych pierożków (w starciu z ostatnimi wypiekami mojej mamy, nawet najściślej przestrzegający zasad zdrowego żywienia człowiek nie ma najmniejszych szans).

Włączyłam film i pomyślałam, że oto właśnie mam kolejny temat na bloga (oczywiście słodkości odstawiłam i nie tknęłam ich już tego dnia). Rzecz więc będzie o...  FEEDERSACH.

Feedersi (z ang. wypasacz, dokarmiacze) są osobami (głównie mężczyźni) z zaburzeniami preferencji seksualnych, u których podniecenie wywołuje OTYŁOŚĆ. Widok otyłej osoby i całego jej ciała, a także dokarmianie jej, a właściwie mówiąc dosadniej, tuczenie. Niektórzy z nich mogą odczuwać podniecenie podczas ubliżania otyłym z powodu ich tuszy, lub podczas obserwowania, jak otyła osoba spożywa posiłek.

Onet opublikował kiedyś artykuł na ten temat, pozwolę więc sobie zacytować:


Według seksuologa, dra Andrzeja Depko, jest to po prostu „odmiana fetyszyzmu, w której fetyszem staje się nadmiernie otyłe ciało kobiety”. - Podłoże feederyzmu jest takie samo, jak każdej innej dewiacji seksualnej - tłumaczy.
A jak feedersi określają samych siebie? Zgodnie z definicją, którą można znaleźć na brytyjskiej stronie feedersów, dokarmiacz to „mężczyzna, który kocha otyłe kobiety. Wielu mężczyzn i wiele kobiet podnieca wszystko, co jest związane z otyłością. Dla FA (ang. Fat Admirer – osoba lubiąca krągłości) nazwanie kogoś grubym jest największym komplementem i docenieniem czyjegoś piękna”.
- Chciałbym pomóc seksownej kobiecie przytyć. Uczestniczyć w powiększaniu się jej brzucha i całego ciała. Jeżeli szukasz kogoś, kto pomógłby ci przytyć, znalazłaś idealnego faceta. Jestem byłym zawodowym graczem baseballu, który wie, jak się odżywiać i jak przytyć bez rozstępów – zachęca na forum feedersów Noir. (...)
 Metody tuczenia są różne. Na jednej z brytyjskich stron, przeznaczonej dla miłośników obszernych kształtów, można znaleźć m.in. opis instruujący, jak „zachęcić” kobietę do zjedzenia dużych ilości pokarmu: „Musisz się upewnić, żeby talerz nie był zbyt pełny i żeby było trochę wolnego miejsca wokół brzegów. W ten sposób sprawisz, że twoja znajoma nie zauważy, jak duża jest porcja, przez co nie poczuje się pełna od samego patrzenia na jedzenie. […] Wkrótce skończy swoją porcję, a ty przyniesiesz jej kolejną. […] Gdy zauważysz, że twoja znajoma zacznie się angażować w waszą znajomość, rozpocznij rozmowę na jej ulubione tematy. To spowoduje, że dobrze się poczuje i nie będzie skupiała się na jedzeniu. […] Kiedy z pewnym wysiłkiem skończy swoje kolejne danie, pogratulujesz jej i wspomnisz, że przecież byłoby nieładnie wyjść bez deseru, po czym zaproponujesz lody. […] Gdy powie, że jeszcze nigdy nie była tak pełna, zapewnij ją, jak seksownie wygląda w tym momencie. Możesz dodać, że świetnie bawiłeś się tego wieczoru i że powinniście się spotykać częściej. Ona ci przytaknie. Po wyjściu będzie podziwiał jej nabrzmiały brzuch i pomyślisz, jak świetnie wyglądałaby, gdyby bluza, którą ma na sobie, była na nią za ciasna. Po kilku tygodniach tego typu posiłków tak się stanie”. (...)
 - Możesz kogoś więzić w domu lub piwnicy albo uczynić z niego więźnia w jego własnym ciele – tłumaczy Hanne Blank, amerykańska pisarka, znana ze swoich publikacji na temat seksualności. - Są przypadki, w których feedersi twierdzą, że są w związku feeder-feede za obopólną zgodą. Może to być jednak bardzo trudne do udowodnienia. Jest to bardzo „śliska” sprawa z powodu szkód, jakie tak wiele otyłych kobiet odnosi ze względu na to, że są emocjonalnie manipulowane. Tym bardziej, że ludzie są w stanie posunąć się do takich skrajności ze strachu przed utratą partnera. (...)
 - Ofiarą jest ten, kto czuje się wykorzystywany i kto czuje, że jego życie zostało podporządkowane zaspokajaniu potrzeb drugiej strony – tłumaczy dr Andrzej Depko. - Jeżeli dana osoba nie ma takiego poczucia, to trudno mówić o wykorzystywaniu. Czasami ludzie tworzą bardzo stabilne związki oparte na występowaniu dewiacji u jednej z płci lub u obydwojga. Ich związek jest bardzo komplementarny i czasem jest trwalszy od niejednego związku, w którym takie zaburzenia nie występują. 


                Przeraziłam się całkiem serio. Prawdę powiedziawszy, w głowie mi się nie mieści, że ludzie są zdolni do takich zachowań. Czym innym jest dopingowanie partnera, by pozbył się nadwagi zagrażającej jego zdrowiu, a czym innym świadome tuczenie go, by ważył jak najwięcej. Czy można to nazwać sadyzmem, czy jeszcze nie? Czy tuczenie kobiety za jej własną zgodą było etyczne? Czy różni się to od innego rodzaju fetyszów? Ciężko odpowiedzieć mi na własne pytania, ponieważ odpowiedzi na nie jest tyle, ilu ludzi. Bez wątpienia jest to coś, o czym trzeba mówić (cóż, pewnie kilka kobiet po obejrzeniu tego programu przestraszyło się, czy ich mężczyzna mówiący kochanego ciała nigdy za wiele lub kocham twoje krągłości nie jest przypadkiem feedersem). 

Cały artykuł na ten temat znajdziecie TUTAJ, film natomiast możecie obejrzeć pod poniższym linkiem: 

piątek, 22 lipca 2011

161. jedzenie w podróży.

Muszę przyznać, trochę ze wstydem, że należę do tych ludzi, którym podróż kojarzy się przede wszystkim z jedzeniem. I czytaniem, ale to nie blog o czytaniu, więc tę kwestię pominę. Nie różnię się chyba pod tym względem od całej reszty moich Rodaków, którzy w podróż, nawet najkrótszą, zwykli ładować do swych podręcznych torebek / torebeczek / reklamówek kilogramy jadła najróżniejszego, w ilościach, których raczej nie zjedliby spędzając tę samą ilość czasu w domu.

Mając w perspektywie wielogodzinną podróż na południe Polski i komponując z tej okazji  moje całodniowe menu, postanowiłam przypomnieć sobie, cóż interesującego widziałam w PKP ostatnimi czasy...

A widziałam sporo. Suche, kruszące się pieczywo i mlaskanie dobywające się z ust rudowłosego Anglika na trasie Warszawa – Kraków. Nieśmiertelne kanapki ze śmierdzącym jajkiem na twardo (nie zrozumcie mnie źle – jajka na twardo są cudowne, niemniej w ośmioosobowym, gorącym przedziale ich zapach podobny jest do gazów wypuszczanych tylnią częścią ciała...), całą górę rozpuszczonych słodyczy i mojego faworyta – schabowego w bułce. W którejś z mych podróży do Gdańska lub z Gdańska, w przedziale, w którym miałam (wątpliwą) przyjemność być najmłodszą pasażerką, siedziało starsze małżeństwo. Pan z brzuszkiem i pani z brzuszkiem – para najwyraźniej głodna permanentnie, gdyż raz za razem coś jedli. Przeżuwając w spokoju swą rozciapcianą od mokrych warzyw kanapkę, kątem oka zerkałam na panią, która w sporej wielkości reklamówce ukryła najróżniejsze przysmaki, swoje i męża. Z zaciekawieniem obserwowałam jej ruchy, niecierpliwie wyczekując finału, ponieważ nie mogłam pozbyć się wrażenia, że najlepsze wciąż przede mną. Kobieta wydostała z reklamówki dwie przekrojone na pół bułki. Podała je swemu małżonkowi, po czym wyjęła plastikowy pojemnik średniej wielkości, PEŁEN kotletów SCHABOWYCH. Doliczyłam się pięciu, czy sześciu, a podejrzewam, że było ich więcej. Mężczyzna otworzył bułę, kobieta PAC! kotleta i sekundę później ciamkali w najlepsze. Zatkało mnie i gdyby nie warzywa w środku kanapki, miałabym pewnie spore kłopoty z przełknięciem mojej bułki.

Kotlety to jeden z kolejowych przebojów żywnościowych, a z pewnością każdy mógłby podobnych przykładów przytoczyć co najmniej kilka. Ale ja zmierzam do...  wiadomo. Do tego, jak będąc na diecie (znów to paskudne słowo!) nie skazywać się na długotrwałą podróż na głoda, lub na jedzenie kalorycznych, czekoladowych batonów i wypijanie słodkich napojów, po których odczuwamy jeszcze większe pragnienie.  Ja wyposażyłam się w litrową butelkę niegazowanej wody źródlanej i niewielką paczkę chipsów jabłkowych z cynamonem (63 kcal opakowanie). Przed chwilą byłam prawie pewna tego, że zrobię sobie jeszcze kanapkę (sałata, drobiowa wędlina, czerwona papryka, pomidor i rzodkiewki), ale postanowiłam, że o wiele lepiej będzie, gdy przygotuję sałatkę. Wyjeżdżam dość późno, tak więc bez najmniejszego problemu będę mogła zrobić na śniadanie większą porcję sałatki , a część z niej wsadzić do plastikowego pojemnika i zabrać ze sobą. Szybkie, proste i zdrowe. Zauważcie także, że podczas podróży zjadamy zwykle więcej, niż zjedlibyśmy w tym samym czasie będąc w domu. Rano możemy przecież wstać odrobinę wcześniej i zjeść porządne śniadanie, by w podróży nie odczuwać głodu już po przejechaniu trzydziestu kilometrów.

P.S. Odchudzającym się nie polecam wafli ryżowych, ponieważ śmierdzą niemiłosiernie, a jadąc w niewielkim przedziale w pociągu, zapach ten roznosi się błyskawicznie (przerabiałam...).

środa, 13 lipca 2011

157. odchudzanie? to nie dla mnie...

     Odchudzanie się jest jak religia. Wyznawców diet jest na świecie tak wielu, że bez najmniejszego problemu mogliby stanowić odrębną grupę wiernych. O odchudzaniu się mówi, pisze, a i pewnie nawet śpiewa, a mimo to są wśród nas tacy, którym nie w głowie odmawianie sobie czegokolwiek. Tacy, którzy może i by w głębi serca chcieli, ale z jakiegoś powodu wcale nie kwapią się do zmiany stylu życia. Dziś będzie o nich. 

     Pamiętam, że gdy byłam młoda (co brzmi dość dziwacznie, gdy wychodzi z moich niemal dwudziestotrzyletnich ust) i głupia (zdecydowanie bardziej, niż obecnie), odchudzanie było czymś, co istniało gdzieś obok mnie, ale jakoś nigdy nie było mi po drodze, by się z nim zaznajomić. Coś jak paralotniarstwo – niby jest, ale nic mi do niego, więc szkoda zawracać sobie głowę. Miałam oczywiście świadomość tego, że wyglądam jak wyglądam i jeśli tak dalej pójdzie, będzie ze mną kiepsko, ale nie stanowiło to dla mnie wystarczającej motywacji do czegokolwiek mającego związek z odchudzaniem. Jednak każda rewolucja ma swoje przyczyny, zarówno pośrednie, jak i bezpośrednie. Dlatego też w moim przypadku musiały się skumulować, a czara goryczy musiała przyjąć jeszcze jedną kropelkę, by się przelać i by to wszystko, co do tej pory było gwoździami do mojej trumny, znikło.
    
     Czy na to czekają ci, którym nie po drodze z odchudzaniem? Na kroplę, która przepełni czarę? 

     Przeglądając w ostatnich dniach maile, które dostałam od czytelniczek od początku istnienia bloga (a jest ich wszystkich bez mała tysiąc!), zwróciło moją uwagę to, jak wiele z nich BOI SIĘ przejścia na dietę. Domyślam się, że w dużej mierze może chodzić o to, o czym ja sama myślałam jeszcze dwa lata temu – że odchudzanie to olbrzymie wyrzeczenia i diabelska wręcz męczarnia. Po części jest to prawdopodobnie również niewiedza (np. no bo nie wiem, co powinnam jeść, a czego nie, albo słynne wiem, że nie mogę jeść po osiemnastej, nie wolno mi też żadnych węglowodanów i tłuszczu). Może to być akże obawa przed porażką wywołaną różnymi czynnikami: tęsknotą do dawnych nawyków, brakiem silnej woli czy lenistwem.  Albo strach przed osiągnięciem sukcesu i natychmiastową porażką w postaci efektu jojo. Nie wspominając również o przekonaniu, że zdrowe jedzenie na pewno parzy w język... ;)

     Terencjusz powiedział, że człowiekiem jest i nic co ludzkie, nie jest mu obce. Mogę powiedzieć dokładnie to samo - rozumiem te wątpliwości, choć bardzo staram się uświadomić ludziom, że są w błędzie, a większość rzeczy, których się boją, to wymyślone i głoszone przez idiotów teorie. Zastanawia mnie tylko, jak wiele spośrod osób wyrażających podobne obawy, próbuje na siłę przekonać się do myślenia o tym, że wyglądają dobrze, że są zdrowi, że grube jest piękne i kochanego ciałka nigdy za wiele. Mam za sobą wszystkie etapy: zaprzeczania, przekonania o swojej wyjątkowości ze względu na otyłość, twierdzenia, że jestem lepsza, niż szczupłe koleżanki, i tak dalej. Ale jeszcze parę tygodni przed moją rewolucją też bałam się tego samego, co wielu innych. Czas jednak pokazał, że bałam się niepotrzebnie. 

sobota, 18 czerwca 2011

150. nie śmiej się z grubasa.

     Jak to jest być grubym i żartować z siebie? Jak to jest być grubym, słyszeć żarty o grubasach i rumienić się przy tym ze wstydu? Czy to nie tak, że uderz w stół...?  

     Ostatnio, znajdując w sieci to i owo zastanawiałam się, dlaczego my, byłe lub aktualne grubasy, tak bardzo nie potrafimy żartować z siebie? To trochę żenujące, że w naszej obecności żarty o grubasach są czymś, co podchodzi pod totalne faux pas i sprawia, że zarówno my, jak i żartujący, czujemy się niekomfortowo? Nie, żeby tam od razu należało drwić z czyjejś otyłości, bo nie w tym rzecz. Chodzi o to, że brak nam cholernego dystansu do samych siebie. 

     Normalnej dziewczynie pasuje wszystko. Cała lista halucynacji:
- mam małe cycki;
- mam wielką dupę;
- MAM CELLULIT!!!!!!!!!!!;
- jestem taaaaaaaaaaaka gruba!; itd. itp.

     Grubasowi nie bardzo. Czy nie jest tak, że grubas stwierdzający wszem i wobec, że jest gruby (zupełnie jakby nie było to widzialne dla oczu patrzącego), wywołuje konsternację? Przecież nikt, na Boga, nie poklepie go po plecach i nie powie: stary, nie jesteś gruby!  

     Grubi ludzie zachowują się tak, jakby ich otyłość musiała stać się niewidzialna. Jakby problem ten usiłowali zepchnąć gdzieś na margines, daleko, daleko w bok, uwypuklając wszystko to, co istnieje poza nim. 

     Pamiętam moje (nieszczere) przyjaciółki, które na smutną minę i jęczący ton pod tytułem: jestem gruba  reagowały gorączkowym zaprzeczaniem: ależ nie, Agnieszka, nie jesteś! Masz tylko grube kości [chwila ciszy] chodźmy do McDonaldsa! (a ja - jak ta debilka - szłam) Bo o tym, że na tle grubaski nawet największa brzydota wygląda jak Miss Universum, wiadomo nie od dziś (ale o tym następnym razem). 

     Mężczyznom jest jakoś łatwiej. Waldka koledzy, z wychodowanymi przez małżeńskie lata brzuszkami, klepią się po swych pimpusiach i mruczą z zadowoleniem. Nie jest dla nich problemem powiedzieć, że mam wielki bebzun / kałdun. A kobiety mają z tym problem, zupełnie nie wiadomo dlaczego.  Zasugeruj takiej delikatnie, że jest zbyt duża, to Cię zapluje na śmierć jadem i obrazi się dożywotnio.

     Zawsze cenię sobie żarty mojej babci, która będąc już słusznego wieku (i słusznej wagi) staruszką, potrafi śmiać się z samej siebie. Nie jest dla niej niczym wstydliwym komentowanie swojej nadwagi przy lekarzu, czy kobiecie sprzedającej ciastka na targu. Wszystko jest mniamniuśne, a ona nie krępuje się tym, że z wiekiem jej przybyło, co więcej – sama jest w tym temacie wodzirejem. Takich osób jest jednak niewiele. Dlaczego? Co takiego sprawia, że nie potrafimy się śmiać sami z siebie?  


 źródło: kwejk.pl
   

środa, 1 czerwca 2011

146. "a moja otyłość jest genetyczna..."

     Nie ma chyba bardziej popularnego tłumaczenia własnej otyłości, niż stwierdzenie: to genetyczne. Owszem, genetyka w tej kwestii ma dość wiele do powiedzenia, ale wyświechtane tłumaczenie każdego możliwego przypadku zdaje się być sporym nadużyciem.

     Fachowa i jak zwykle niezastąpiona (proszę potraktować to ze zmrużeniem oka...) Wikipedia, mówi, że istnieją genetycznie uwarunkowane zespoły chorobowe prowadzące do nadmiernego gromadzenia się tkanki tłuszczowej w organizmie (zespół Pradera-Williego, zespół Laurence'a-Moona-Biedla, zespół Cohena oraz zespół Carpentera). Za otyłość odpowiadać mogą również mutacje jednogenowe i wielogenowe. Cytując: Mutacje mogą dotyczyć genów związanych z regulacją pobierania energii z pożywieniem, poziomem podstawowej przemiany materii, dojrzewaniem komórek tkanki tłuszczowej, aktywnością enzymów odpowiedzialnych za gospodarkę tłuszczową i węglowodanową. W ich wyniku dochodzi do przewagi procesów magazynowania energii nad procesami jej wydatkowania.

     Tylko że... ja patrzę na to z nieco innej strony. Nie neguję oczywiście naukowo udowodnionych faktów (lub jak niektórzy lubią mówić: faktów autentycznych ;p), ale chciałabym zwrócić uwagę na jedną rzecz. Dietetycy często pytają o to, czy rodzice również posiadają problem z dodatkowymi kilogramami. Mogą mieć, ale nie muszą. Tylko czy nikomu nie przyszło do głowy, że otyłość nie wynika tylko z tego, że rodzice są grubi, ale również z niewłaściwego sposobu jedzenia? Nawyki żywieniowe wyniesione z domu często są tak bardzo w nas zakorzenione, że powielamy je i czy tego chcemy, czy nie, one na nas działają. Wiadomo, jak tłusta jest kuchnia większości naszych babć i mam (co wiele z Was zaznacza w mailach, narzekając na kuchnie swych rodzicielek i teściowych). Polewanie tłuszczem ogromnej kopy ziemniaków, grube panierowanie wszelkiego rodzaju kotletów (łącznie z mielonymi, czego chyba nie zrozumiem już nigdy), uwielbienie dla odsmażanych pierogów i mocno śmietanowych zup... Pisałam o tym już sto tysięcy razy, ale czym innym to jest, jak nie tuczeniem się na własne życzenie?

     Gdy przypominam sobie kuchnię mojej babci, nie widzę w niej tego, na czym opiera się mój całkowicie zrewolucjonizowany sposób żywienia. Jest to kwestia przyzwyczajeń, innego pokolenia – takiego, które żyło w czasach, gdy niemożliwym było pójście do sklepu i kupienie warzyw, które dziś kupujemy bez problemów. Jej sposób żywienia był uwarunkowany przez historię, a nie przez geny, czy cokolwiek innego. Ona nie potrafi przemóc się i sama, z własnej woli zrobić surówki ze świeżych warzyw. Te rzeczy w jej lodówce nie istnieją. Jest tam tłusta szynka, ser, jajka, twaróg... Warzyw nie ma. I teraz zauważcie: ktoś, kto od dzieciństwa przyzwyczaił się do takiej kuchni, te przyzwyczajenia przenosi na własne dzieci. One z kolei przenoszą je na swoje dzieci. I w tym momencie pojawiam się ja, córka moich rodziców, wnuczka moich dziadków. Niejako wyłamałam się z tego zaklętego kręgu niezdrowej kuchni w momencie, gdy przeszłam na dietę. Wcześniej nie jadłam warzyw (mój brat niestety unika większości z nich do dzisiaj), a za normalną kuchnię uznawałam tę, którą znałam od lat. I choć moi rodzice miewali sobie grubsze i szczuplejsze okresy, nie wynikało to z ich jakiejś tam genetycznej skłonności do nadwagi – absolutnie nie. Było to spowodowane wyłącznie kuchnią, sposobem żywienia i słabością do łakoci. Moja Mamcia dopiero TERAZ dokonała chwalebnej rewolucji, bo zachęcona moimi radami, zmodyfikowała również swoją kuchnię. Ale zobaczcie, jak silny wpływ mają na nas przyzwyczajenia naszych rodziców. Śmiało ryzykuję stwierdzenie, że tych otyłości związanych z genetyką jest naprawdę bardzo, ale to bardzo niewiele w porównaniu do przypadków spowodowanych po prostu niewłaściwym sposobem jedzenia. Łatwo jest zwalić na  geny (albo grube kości!) nasze lenistwo i słabości. Tylko że w pewnym momencie staje się to śmieszne. Jeśli otyłość u wszystkich, którzy tak twierdzą, jest kwestią genów...


źródło: kwejk.pl 

wtorek, 24 maja 2011

143. plus size na plaży.

     Ostatni raz kostium kąpielowy miałam na sobie... dziewięć lat temu. Byłam czternastoletnią niewiastą i powoli stawałam się dumną (kwestia dyskusyjna) posiadaczką czegoś, co nazywa się świadomością własnego wyglądu. Choć nie uważałam go za coś, co całkowicie niszczy moje życie, kostium kąpielowy był w moim mniemaniu czymś bardzo dla mnie odległym, bardziej odległym niż szpilki na jedenastocentymetrowych obcasach. 

     Choć Dąbrowa Górnicza to miasto, w którym nie brak zbiorników wodnych, nad które latem tłumnie wyruszają mieszkańcy, to jednak dla mnie były one niedostępne. Włożenie na siebie kostiumu kąpielowego uznawałam za coś na tyle żenującego, że sama myśl o tym napawała mnie rozbawieniem. Moje miejsce do opalania stanowił BALKON, na którym i tak musiałam uważać, by czujne oko któregoś z sąsiadów nie spoczęło na moim rozrastającym się cielsku.

     Jak było później – można się domyślać. Wakacje nad morzem były czymś absolutnie niemożliwym (bo po co jechać nad morze, skoro nie można się rozebrać, prawda?), ale przewrotny los rzucił mnie w końcu tu, gdzie znajduję się teraz. Do Gdańska. Do dzielnicy położonej nad samym morzem.  Jakby nie mogła to być Morena. Albo Chełm. Albo Osowa. Ale nic nie dzieje się przez przypadek. Dziękuję Ci ogromnie, Boże! – powiedziałam wczoraj ironizując. Jeżeli rzucasz mi to wyzwanie, musisz uważać, że mu sprostam. Przyjmuję. 

     Nie oszukujmy się. Plaża – wbrew temu, co sądzą anonimowi internetowi pieniacze – jest miejscem dla wszystkich. Nie po to istnieją plaże, by z nich nie korzystać. Nie po to wymyślono kostiumy kąpielowe, by ich nie nosić. 

     Tylko że wiecie... nie wszyscy czytający tego bloga mają doskonałą figurę. Nie każda z nas jest doskonałą Nicole Scherzinger, lub zmysłową J.Lo i nie każda może sobie pozwolić na obwiązanie się trzema trójkącikami i zaprezentowanie się szerokiemu gronu jako królowa plaży (z drugiej strony, plażujący panowie też nie przypominają Brada Pitta, z tymi swoimi olbrzymimi kałdunami, spoconymi czołami i zrogowaciałymi piętami). 

     Co mamy do ukrycia?

     Przed zakupieniem kostiumu warto zastanowić się nad tym, co możemy pokazać, a co lepiej ukryć. Włożyć na siebie można wszystko. Nawet wyjątkowo skąpe bikini. Tylko że gdy wszystkie możliwe paseczki wcisną się nam w ciało, będziemy wyglądać jak  szynka obwiązana sznurkiem, jak ktoś wspomniał kiedyś w komentarzach pod tematem dotyczącym bielizny.

     Choć moje bytowanie na plaży ograniczy się raczej wyłącznie do opalania (chyba, że dorwę odpowiednio długie pareo), nie bardzo mogę pozwolić sobie na pokazywanie nóg. Po pierwsze: żylaki, które nie przepadają za słońcem, po drugie: blizna po nieudanej operacji (ręcznik na łydkach i niestety, nie ma innego wyjścia). Od pasa w górę jest w miarę okej, pomijając zjaśniałe rozstępy po obu stronach brzucha i niedostatki w okolicach piersiowych (ten problem rozwiązałam, kupując wczoraj usztywnianą górę od bikini, czarną w białe kropeczki, z falbankami w górnej części – przynajmniej nie wyglądam w niej jak dziesięcioletni chłopiec). Muszę więc szukać takich strojów, które pozwolą mi na ukrycie tego kiepskiego dołu, w razie chęci pospacerowania po plaży w wyjątkowo upalny dzień, a uwierzcie, gdyby nie te cholerne żylaki, nie miałabym żadnych oporów przed chodzeniem w samym kostiumie, bo lubię moją figurę.  
  
     Niektóre z nas mają jednak innego rodzaju problem -  masywną górę i stosunkowo wąski dół. Różnicę między figurami typu gruszka (wąska góra, szeroki dół), a jabłko (szeroka góra, wąski dół) możecie zaobserwować na poniższym obrazku (choć jestem pewna, że i tak każda z Was doskonale wie, czym różnią się oba typy figury).


     Jabłka dobrze będą wyglądać w czymś, co nieco ukryje ich masywną górę. Choć ukrywanie dużych piersi to zbrodnia przeciwko męskiej płci, nie każda kobieta lubi swójspory biust i wystający brzuszek. W tym przypadku doskonałe będą stroje typu tankini i jednoczęściowe, które nieco „spłaszczą” górę: 









     Figura gruszki według mnie nie potrzebuje ukrycia. Jest kobieca i naprawdę seksowna (mój naprawdę taktowny Ukochany przełknął głośno ślinę, gdy pokazałam mu zdjęcie Kim Kardashian w bikini i nawet nie starał się ukryć, że mu się podoba, phi... tylko że mnie też się niesamowicie podoba :P). Ale jeśli obawiamy się pokazać światu nasze pośladki, czy  górną część ud, która w przypadku tego typu figury jest raczej potężna, najlepsze dla nas  będą „doły”, które je ukrywają:






     Mimo wszystko nie zapominajcie o jednym: na plażę idziecie dla przyjemności, nie dla katowania się. Idziecie korzystać ze słońca, szumu fal (krzyku rozwydrzonych dzieciaków) i zapachu wody. Dla pięknej, brązowej opalenizny. Nie trzeba się wstydzić tego, że gdzieś nam coś lekko zwisa. Wgrajcie sobie do odtwarzacza przyjemny album z grecką, kubańską, czy latynoską muzyką i miejcie głęboko w tyłku to, że ktoś może spojrzeć na Was i zlustrować Wasze pośladki. Do licha, opalenizna optycznie wyszczupla!  


















piątek, 13 maja 2011

140. najgrubsza matka na świecie.

44-letnia Amerykanka Donna Simpson waży już 240 kilogramów, ale jej marzeniem jest jeszcze przytyć. Chciałaby zostań najcięższą kobietą na świecie. Jest już szczęśliwą posiadaczką tytułu najcięższej matki świata. I jest to rekord Guinnessa. Na jej stronie internetowej "fani" mogą zapłacić, żeby podglądać Donnę podczas posiłków.

źródło: http://zdrowie.onet.pl/fotogalerie/chce-zostac-najciezsza-kobieta-na-swiec,4242054,0,foto-male.html


     Gdy jakiś czas temu przeczytałam te słowa, poczułam 3xW: wstręt, wściekłość i współczucie. Powinnam przejść z tym do porządku dziennego, potraktować jako kolejną z setek rzeczy, które czytam każdego tygodnia i zapomnieć, nigdy więcej do niej nie wracając. Życie Donny Simpson nie powinno mieć żadnego wpływu na moją egzystencję, w końcu mieszkam w Gdańsku, moja waga, choć wahająca się, trzyma poziom od ponad roku, mam połowę mniej lat niż ona i nie pobiłam żadnego rekordu Guinnessa.

      Ale życie Donny Simpson wywarło na mnie na tyle silne wrażenie, że nie mogłam przejść obok tego obojętnie, nie poruszając tak ciężkiego tematu na blogu, ktory traktuje o wszystkim, czego Donna nie robi – ba, o czym nawet nie myśli.

      Donna jest chora. Piekielnie chora, a ja zaryzykuję stwierdzenie, że nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Cóż... jeśli w ogóle ma jakąkolwiek świadomość w tej kwestii.
Chęć zostania najgrubszą kobietą na świecie (prawdę mówiąc, nie mieści mi się w głowie, dlaczego jakakolwiek kobieta może w ogóle CHCIEĆ być GRUBA!!) i posiadanie raczej niechlubnego tytułu najgrubszej matki świata przeraziła mnie. Donna waży dwakroć więcej, niż ja w najbardziej otyłym okresie mojego życia. Nie jest duża, tylko olbrzymia. Patrzenie na nią, choć nie jest to najprzyjemniejszy widok na świecie, jest wręcz hipnotyzujące. Jej marzenie przekracza moją umiejętność pojmowania i wykracza daleko poza granice tego, co uważam za normalne. Jestem konserwą do kwadratu, ale jeśli chodzi o ten przypadek, wymięknąć mogą nawet najbardziej liberalnie podchodzący do życia ludzie.

      Zastanowiło mnie, dlaczego Donna jest matką. Nieodpowiedzialną matką dodam, bo przecież z wagą, którą posiada, nie może liczyć na dożycie sędziwej starości, czyż nie? I jeśli anoreksja to zaburzenie psychicznu, czy nie jest nim również dążenie do jak największej otyłości?

      Z całego serca współczuję jej córce. Z pewnością nie jest czymś naturalnym posiadanie monstrualnej matki, która z każdym kolejnym dniem robi sobie coraz większą krzywdę. Współczuję tej małej, bo nie może bawić się ze swoją mamą, wyjść z nią na spacer i pobiegać w parku. Czy współczuję Donnie? Bynajmniej. Nie mogę, nie potrafię i nie chcę zdobyć się na współczucie dla kogoś, kto wielkimi krokami zbliża się do samozagłady i odczuwa z tego powodu dumę.






PS. Z jakiegoś powodu posta wcięło, dlatego pozwoliłam sobie umieścić go tu po raz kolejny. Przepraszam za wszelkie niedogodności. A już w weekend... przepisy na wędzoną makrelę! :)))))

piątek, 29 kwietnia 2011

137. cztery pośladki.

Cztery pośladki.

Nie, Nie chodzi mi o dwie pupy. O jedną. I to nawet nie o pupę, a o wielkie dupsko.
Widzieliście kiedyś otyłą kobietę w obcisłych spodniach i zbyt ciasnych majtkach? Od razu rzuca się w oczy. Tu i tam wystaje. Górą, bo gumka za ciasna. Dołem, bo też za ciasna, a uda za grube. I z tyłu, bo skoro wszędzie jest ciasno, to i tam nie może być inaczej. Tym właśnie sposobem, wiele, wiele kobiet osiąga mało apetyczny (eufemistycznie mówiąc) efekt podwójnego tyłka. Nie myślcie sobie, że mnie to nie dotyczyło, bo żyłam z tym jakiś czas i wiem, jak to jest kupować za ciasne majciory.

O samej bieliźnie mówiąc... tragedia, posucha, żenada, cyrk na kółkach i bieda, aż piszczy. To naprawdę najłagodniejsze określenia, których mogę użyć w przypadku opisu dostępu do ładnej bielizny w dużym rozmiarze w naszym pięknym, nadwiślańskim kraju. Bo – powiedzmy sobie szczerze – nie każdą otyłą nastolatkę stać na figi z KappAhl, gdzie można kupić majtki większe, niż 42. Robiąc wielokrotne rajdy po majtkowych sklepach jeszcze jako tłuścioszek, za każdym razem z przykrością i złością stwierdzałam, że niestety, ale albo dla grubasów ładnych majtek nie robią, albo ja nie wiedziałam, gdzie je kupić. Wiem, wiem... mówiłam, że otyłość nie jest ani ładna, ani seksowna, ani zdrowa. Utrzymuję ten pogląd, ale... jasny gwint! – było nie było, gruba kobieta to nie trzecia płeć, przybysz z kosmosu, ani podczłowiek, dlaczego więc skazana jest na noszenie brzydkich, babcinych majtek, wysokich po same pachy? No bo wyobraźcie sobie: idzie taka puszysta panna na randkę, która najpewniej skończy się w łóżku... i co? Przed facetem zaprezentuje się w zbyt ciasnych i niewidocznych pod zwałami tłuszczu figach? W gaciach żywcem wyjętych sprzed trzech stuleci? LITOŚCI!


Ja nie przeczę, że majtki w dużych rozmiarach dostać można, ale to kosztuje. Rozejrzałam się po internetowych sklepach oferujących taką bieliznę. W jednym były same duże biustonosze (ceny od 75 do 259 zł...), w drugim znalazłam pończochy, kabaretki i siateczkowe kombinezony w stylu SM (oczywiście w większym rozmiarze) i... tylko dwie pary majtek. Jedne za 50 zł, które absolutnie nie nadają się do noszenia „ot tak”, bo są zrobione z tiulu, a drugie w cenie 60 zł, które (trzymajcie mnie, bo padnę!) grają MARSZ WESELNY po naciśnięciu guzika. Na jednej ze stron znalazłam co prawda majtusie w dużym rozmiarze (aż do XXXL – obwód bioder 132 cm), ale wyglądają tak, że pożal się Boże i przypuszczam, że Wasze ścierki do podłogi wyglądają lepiej. Na więcej nie starczyło mi sił.  
  
Majtki wyszczuplające są w porządku, ale i z tym, jak się w nich wygląda, bywa różnie. Wyglądają dobrze, jeśli wyszczuplają tylko brzuch i biodra, ale gdy jesteśmy posiadaczkami naprawdę potężnych ud, problem zniknie nie do końca. Zresztą ja mam z tym problem do dziś. Ciężko jest mi dobrać odpowiednią bieliznę, bo mam szerokie biodra i pupę i choć spodnie 40-42 wkładam bez problemu, z bielizną bywa ciężko. Tu i ówdzie czasami coś „wylezie” i nie bardzo mogę sobie z tym poradzić.  Chętnie zostałabym posiadaczką bielizny modnej w połowie ubiegłego stulecia – w przypadku szerokich bioder i stosunkowo wąskiej talii sprawdzała się doskonale!



Jeśli wiecie – Drogie moje – gdzie Panie z większą pupą mogą nabyć ładną i stosunkowo niedrogą bieliznę – dajcie znać! Myślę, że wiele czytelniczek (no i ja! :P) na tym skorzysta ;)

P.S. Wieczorem wyniki konkursu!  

wtorek, 29 marca 2011

129. cupcake's clothes i uczucia ambiwalentne.

     Jak na złość – wtedy, gdy nie mam czasu, przychodzi mi do głowy coś, czym chciałabym podzielić się ze światem. Ponieważ Makia (z którą więcej mnie łączy, niż dzieli) pewnego dnia z pełnym przekonaniem stwierdziła, iż nie potrafię żyć bez internetowego ekshibicjonizmu (bo tym w pewnym sensie są blogi, a miałam już ich kilka), oddaję się mu z rozkoszą i chętnie ukazuję społeczeństwu (w tym przypadku wszystkim czytającym bloga) to, co mnie interesuje. Zatem: 

     Od jakiegoś czasu - no, powiedzmy od kilku dobrych  tygodni - obserwuję pewnego bloga. W związku z tym jednocześnie odczuwam:

- podziw,
- irytację,
- zdumienie,
- zaciekawienie.

     Nie lubię kłamać. Umówmy się – kłamstwa są kiepskie i nie ma tu znaczenia, czy wypowiadamy je w dobrej, czy złej wierze. Źle byłoby, gdybym prowadząc blog o zdrowym żywieniu, odchudzaniu i związanymi z tym kwestiami, pisała tylko to, co ktoś chce przeczytać, ignorując przy tym moje prawdziwe odczucia i poglądy. Nie o to chodzi. Nie zamierzam twierdzić, że otyłość jest okej, ponieważ znam ją doskonale i wiem, że „okej” to ostatnie słowo, którego użyłabym do jej określenia. 

     Wrócę jednak do głównego wątku. Blog, który mam (nie)przyjemność obserwować, to blog o ciuchach (nawiasem, polecam blog Kasi Tusk – jest uroczy!). Prowadzi go Georgina, dziewczyna mieszkająca w UK. W zasadzie mogłabym powiedzieć: ot, zwyczajny blog, jakich wiele w sieci. Ale nie. Blog Georginy to blog o tym, jak może ubierać się otyła dziewczyna. Bo Georgiana jest otyła i to otyła NAPRAWDĘ.

     Powinnam popierać to całym sercem. Stwierdzić: super, w sieci istnieje ktoś, kto pokazuje grubaskom, jak mogą wyglądać! Ale sęk w tym, że moje uczucia względem tego bloga są ambiwalentne. Niech posypią się na mnie gromy, niech ktoś stwierdzi, że przemawia przeze mnie zazdrość, lub fałsz. Kłamać nie będę.

     Z jednej strony myślę sobie, że dziewczyna jest niesamowita. O ile dobrze kojarzę, nosi  rozmiar 52 albo 54 (pewnie zależy od sklepu). Chodzi prawie wyłącznie w spódnicach i sukienkach. OBŁĘDNYCH, nawiasem mówiąc. I właściwie mogę pozwolić sobie na totalną, stuprocentową szczerość. KOCHAM jej styl, kocham jej ciuchy i kocham sposób, w jaki łączy stroje. Jako grubaska NIGDY nie wyglądałam nawet w połowie tak dobrze jak ona. Podziwiam ją za to, że nie wstydzi się pokazywania nóg*. I noszenia strojów, za które w Polsce najpewniej by ją wyśmiano.
     Z drugiej strony uważam, że przesadza. Kolorowe podkolanówki, krótkie spódnice i opięte bluzki w pastelowych barwach momentami przywodzą mi na myśl ciastko z kremem. Opakowanie jest piękne, ale zawartość... dyskusyjna.

     Georgina raz mnie zachwyca, raz zniesmacza. Raz jej zazdroszczę, raz budzi we mnie politowanie. I nie wiem, naprawdę nie wiem dlaczego. 

     W Polsce gruba dziewczyna może zapomnieć o ubieraniu się w ten sposób, a przyczyna jest bardzo prosta – w Polsce nie można dostać tak ładnych ciuchów w tak dużym rozmiarze. Georgina ma ogromną odwagę. Zastanawia mnie, czy czasami czuje się źle z powodu swojej ogromnej otyłości. Wygląda na zadowoloną z życia i tego mogę jej zazdrościć. Ja do dziś miewam napady pt.: jestem taka grubaaaaaa <chlip>.


* ja do dziś mam opory... po operacji usuwania żylaków kilka lat temu zostały mi na prawej łydce paskudne blizny i duża opuchlizna (dziękuję Doktorze za „kosmetyczny” zabieg i całkowite spartaczenie roboty). Widać dobrze, że ta łydka jest szersza w obwodzie, dlatego jedyną opcją dla mnie są czarne, całkowicie kryjące legginsy i wysokie buty. Cierpię z tego powodu strasznie, bo polubiłam noszenie spódnic. Na lato zostają mi jedynie sukienki w wersji maxi.  


Zapraszam do obejrzenia bloga, a na początek kilka fotek Georginy: 


  


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...