Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 września 2012

Ruszyć głową


                Nie raz i nie dwa usłyszeliście pewnie, że „kościste szkieletory są złośliwe i sfrustrowane, bo się głodzą”, lub że „facet nie pies, na kości nie poleci”. Hasła hasłami, a rzeczywistość rzeczywistością. Hasła tego typu mogą dziwić, bawić lub irytować, niemniej są stwierdzeniami, które po prostu wśród nas funkcjonują, przyjęły się i używane są stosunkowo często.

                Z perspektywy czasu dostrzegam (co potwierdzają również moje pamiętniki z czasów szkolnych), że w czasach otyłości miałam tendencję do wmawiania sobie (i innym!), że bycie grubym to nic złego. Ot, taka uroda, tak po prostu mam i już. Opowiadałam społeczeństwu, że u mnie to rodzinne (co jest oczywiście wierutną bzdurą) i że mam grube kości (tego zweryfikować niestety nie potrafię, ale jestem dość „szeroka” w ramionach i miednicy). Oczywiście przy okazji zwykłam negować atrakcyjność szczupłych i atrakcyjnych koleżanek twierdząc, że są wychudzone i wyglądają jak kościotrupy. Teraz mam to szczęście (?), że znajduję się w takim wygodnym miejscu, skąd daleko mi zarówno do bycia szczupłym, jak i bycia grubym – nie znaczy to jednak, że nie oddałabym chętnie dziesięciu kilogramów, bo pozbyłabym się ich bez mrugnięcia okiem :)))

                Jestem więc pośrodku, czytam i obserwuję. Zarówno czytając, jak i obserwując, trafiam na przejawy skrajnej głupoty i braku samokrytyki.

                Szczupłe dziewczyny piszą (to oczywiście tylko wymyślony przykład, ale nie trzeba się mocno wysilać, żeby podobne odnaleźć w sieci): jestem szczupła, mam 165 cm wzrostu i ważę 45 kilogramów. Jem ile chcę i co chcę, a nie tyję! Wiecie dlaczego uważam takie podejście za skrajnie głupie? Ponieważ bardzo łatwo można ulec złudzeniu, że skoro jestem szczupła, nieważne co zjem, bo i tak się nie roztyję. Ale czy bycie szczupłym faktycznie daje jakiekolwiek prawo do jedzenia śmieci? Ktoś powie, że to kwestia wyboru. Jasne, jak wszystko inne. Ale należy pamiętać o tym, że nawet bardzo szczupły człowiek może sobie zapracować na  miażdżycę, a w konsekwencji np. zawał serca.

                Otyłe z kolei, ogarnięte szałem diet, piszą następująco: Ograniczyłam wszystkie tłuszcze i węglowodany, nie będę jeść tłustych potraw, bo to niezdrowe, węglowodanów też, bo tuczą. Świetnie, więc nie zdziw się, jeśli Twoje wyniki krwi będą za jakiś czas koszmarnie złe. Ludzie nie odróżniają dobrego tłuszczu od złego (co na szczęście bardzo szybko się zmienia!). Uważają, że jeśli są na diecie, powinni całkowicie ograniczyć ilość spożywanego tłuszczu. Ale prawdą jest, że ograniczać powinno się wyłącznie tłuszcze nasycone - pochodzenia zwierzęcego i te, które występują pod postacią twardej margaryny. Tłuszcze nienasycone są zdrowe, pozwalają przyswoić witaminy i mają ogromne znaczenie dla gospodarki hormonalnej, np. dla wytwarzania estrogenów (orzechy, ryby, oleje, oliwa z oliwek, miękkie margaryny).

                Zachęcam do czytania, poznawania nowych teorii dotyczących żywienia, ale przede wszystkim do logicznego myślenia. Wierzcie mi, że podsłuchanie gdzieś przy okazji (w tramwaju, sklepie…) rozmowy na temat np. gigantycznej kaloryczności ziemniaków jest porównywalne z podsłuchaniem dyskusji o tym, że seks oralny to najlepszy sposób na zajście w ciążę. Dla mnie ta sama skala nieświadomości, może nawet głupoty. Ja sama od czasu do czasu łapię się na tym, że myślę o czymś w zupełnie zły sposób, ale szukam, czytam i staram się dojść do własnych wniosków. Nikt za nas tego nie zrobi. Nikt nie poda nam na tacy gotowych odpowiedzi na wszystkie nasze pytania (czego niestety dość często niektórzy czytelnicy oczekują, pisząc do mnie maile z pytaniami o oczywiste rzeczy, zamiast po prostu przejrzeć posty – to już jest skrajne lenistwo). Uczmy się sami!    


(A już na początku przyszłego tygodnia post sponsorowany - parę słów o testowanej ostatnio przeze mnie wodzie Wysowianka)

środa, 12 września 2012

Obrzęk tłuszczowy


                Gdy pojechałam wczoraj do gdańskiego Centrum Zaopatrzenia Flebologicznego, aby dobrać odpowiednie pończochy kompresyjne, przy okazji dowiedziałam się paru interesujących rzeczy na temat własnej sylwetki. Zasugerowano mi, że moja sylwetka od pasa w dół wskazuje, iż mogę mieć tendencję do obrzęku tłuszczowego. Gdy wyraziłam chęć napisania o tym artykułu na Przyjemnym Odchudzaniu, dr Sawlewicz wręczył mi ksero interesującego anglojęzycznego artykułu medycznego z dziedziny limfologii, dotyczącego właśnie obrzęku tłuszczowego.

                Ale czymże w ogóle jest obrzęk tłuszczowy? Najprościej mówiąc, jest to przewlekłe schorzenie, dotykające najczęściej kobiety (dotyczy on aktualnie ok. 11% żeńskiej populacji!). „Objawia się obustronnym, symetrycznym zwiększaniem się tkanki tłuszczowej głównie w rejonie bioder i nóg (od pasa w dół aż do charakterystycznej linii nad kostką), połączonym z tendencją do obrzęku ortostatycznego (powstającego pod wpływem długotrwałego stania lub siedzenia)”. Co najważniejsze, tłuszcz związany z tym obrzękiem nie ulega spalaniu podczas restrykcyjnych diet i ćwiczeń. Obrzęk tłuszczowy rozwija się często po rozpoczęciu pierwszej miesiączki, podczas menopauzy, w trakcie ciąży, lub na przykład podczas gwałtownego tycia. Istotną informacją jest, że obrzęk tłuszczowy może dotyczyć kobiet o KAŻDYM typie sylwetki – zarówno otyłych, jak i bardzo szczupłych (nawet anorektyczek!).  

                Przyczyn obrzęku tłuszczowego jest wiele, jednak jeszcze nie wszystkie są znane. Do tych, o których wiadomo, zaliczają się: brak równowagi hormonalnej, predyspozycje genetyczne (dziedziczone w żeńskiej linii), a także „niemożność metabolizowania wysięku z naczyń krwionośnych (białka i komórki, które normalnie wróciłyby do obiegu, są odkładane w podskórnej tkance tłuszczowej).” Zmiany pojawiające się w tymże schorzeniu to m.in. spadek elastyczności skóry, zaburzenia krążenia krwi, rozszerzanie drobnych żył i naczyń krwionośnych oraz nadmierny rozrost tkanki tłuszczowej.  

                Jak wyglądają poszczególne stadia obrzęku? Poniżej zdjęcia:

źródło: vimed.pl

źródło: artykuł E.Foldi, M. Foldi "Lipedema"

 źródło: artykuł E. Foldi, M. Foldi "Lipedema" 

 źródło: artykuł E. Foldi, M. Foldi "Lipedema" 

 źródło: artykuł E. Foldi, M. Foldi "Lipedema" 

                Cytując artykuł na vimed.pl:

"Stadium I: Skóra jest wciąż miękka i regularna, ale guzkowate zmiany wyczuwa się przy badaniu palpacyjnym. Nie ma barwnych zmian skóry a tkanki podskórne przypominają gąbkę lub gumę. Trwa kilka lat.
Stadium II: Powierzchnia skóry staje się nierówna i twardnieje. Na środkowej części uda oraz środkowej i bocznej części kostek zaczynają się formować duże płaty tłuszczowe. Pojawia się obrzęk, w którym po uciśnięciu pozostaje dołek, obrzęk ten narasta w ciągu dnia. Może dochodzić do wtórnego obrzęku limfatycznego. Osoba może zgłaszać nadwrażliwość nad obszarem podudzi i w zewnętrznej środkowej części ud.
Stadium III: Deformacja kończyn w wyniku nadmiernego rozrostu tkanki tłuszczowej. Wyczuwalne w badaniu palpacyjnym guzki wahają się w rozmiarze od orzecha do pięści. Występuje wtórny obrzęk limfatyczny."

                Jak rozpoznać, czy mogę cierpieć na obrzęk lipidowy? (znów cytuję):

"Jeśli masz kilka z wymienionych poniżej objawów, możesz mieć obrzęk lipidowy:
- Nierównomierne tycie, głównie w obszarze kończyn dolnych i pośladków
- Chudnięcie tylko górnej części ciała, przy stosowaniu restrykcyjnej diety i ćwiczeń
- Noszenie u góry rozmiaru ubrań o kilka mniejszego niż w dolnej partii ciała
- Poczucie ciężkości w nogach (spowodowane poprzez ciężar zwiększonej ilości tkanki tłuszczowej i nagromadzonego płynu tkankowego)
- Nieproporcjonalne, przypominające kolumny nogi, (czasem może też obejmować ramiona)
- Spuchnięte nogi („zespół ortostatyczny”) – zwykle objaw ten pojawia się podczas długiego stania i/lub siedzenia, kiedy więcej płynu gromadzi się w nogach. W rezultacie puchną nogi, a często także (skądinąd niedotknięte obrzękiem lipidowym) stopy. Pacjenci z zespołem ortostatycznym często mówią, że mają po południu problem z założeniem butów.
- Płaskostopie
- Zjawisko pomarańczowej skórki – cellulit – spowodowane przez specyficzną strukturę tkanki łącznej i zmniejszenie sprężystości tej tkanki.
- Obniżona jest temperatura skóry (zimne kończyny)
- Niejednolita skóra, w jednym miejscu sucha, w innym przetłuszczona
- Zwiększona częstość występowania siniaków w dotkniętych partiach ciała (nawet przy najlżejszym dotknięciu)-wynika to z uciskania naczyń krwionośnych przez komórki tłuszczowe, braku zakotwiczenia drobnych naczyń krwionośnych w tkance łącznej, co powoduje ich rozrywanie nawet pod wpływem grawitacji.
- Silne bóle w nogach, bolesna wrażliwość przy dotyku – postępująca w czasie niedrożność układu limfatycznego prowadzi do stwardnienia tkanki, która staje się niezwykle wrażliwa na dotyk i bardzo bolesna. Ból występuje przy ucisku w środkowej części uda i u podstawy kręgosłupa. W miarę postępu choroby pojawia się także przy najlżejszym dotyku skóry, szczególnie w drugiej połowie dnia. Ból jest także powodowany przez „własny ucisk” np. krzyżowanie nóg czy siadanie w niewygodnej pozycji
- Mrowienia w kończynach dolnych"

                Nieleczony lub zbyt późno rozpoznany obrzęk lipidowy może nieść za sobą duże konsekwencje i zagrożenia, np. wtórny obrzęk limfatyczny, zmiany degeneracyjne w stawach, żylaki, uszkodzenia żył głębokich, wzrost masy ciała, problemy psychologiczne występujące na skutek braku pewności siebie, czy poczucia skrępowania (obrzęk tłuszczowy nie zawsze jest prawidłowo rozpoznawany, myli się go z obrzękiem limfatycznym lub otyłością!). 

                Z obrzękiem tłuszczowym radzić sobie można na wiele  sposobów. Najważniejsza jest zdrowa dieta, nie pozwalająca na odkładanie się tłuszczu w naszym ciele. Niezwykle ważne są również ćwiczenia fizyczne – poprawiają drenaż limfatyczny, zapobiegają powikłaniom żylnym i limfatycznym oraz zapobiegają tyciu. Pomóc może manualny drenaż limfatyczny lub presoterapia. Jedną z najbardziej skutecznych metod walki z obrzękiem tłuszczowym jest noszenie uciskowej odzieży – zapewniono mnie wczoraj, że dzięki kompresyjnym pończochom, które kupiłam, poprawi się wygląd moich ud i zauważę znaczną poprawę – mam na to ogromną nadzieję.




                Więcej informacji na temat obrzęku tłuszczowego znajdziecie na stronie, z której korzystałam podczas pisania tego artykułu:



Skorzystałam także z artykułu: „Lipedema” autorstwa E. Földi i M. Földi (niestety nie wiem, z jakiej książki pochodzi).

A także na:


PS. Podchodźcie z rozsądkiem do postrzegania własnej sylwetki. Nie każdy wałeczek tłuszczu na udach oznacza obrzęk tłuszczowy, więc apeluję o to, by NIE PANIKOWAĆ :))))) Równie dobrze mając grypę moglibyśmy uznać, że cierpimy na gorączkę krwotoczną, tylko dlatego, że początkowe objawy obu chorób są PODOBNE :) Z głową, moi Drodzy, z głową ;)

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Transformator Sylwetki - wywiad z instruktorem sportu Mariuszem Mrozem


Dziś mam przyjemność przedstawić Wam (mój pierwszy post od dawna :P) Mariusza Mroza - licencjonowanego w Polsce i na świecie (w Międzynarodowej Federacji Kulturystyki i Fitnessu oraz w Polskim Związku Kulturystyki, Fitnessu i Trójboju Siłowego) instruktora sportu. Kilka dni temu przeprowadziłem z nim wywiad, by dowiedzieć się jakie zdanie na temat odchudzania, zdrowego odżywiania i wysiłku fizycznego ma ktoś, kto profesjonalnie i na co dzień zajmuje się tą tematyką. Ponadto wraz z tym wywiadem wstawiamy dla Was w naszym blogu baner do strony Mariusza, na której macie możliwość obejrzenia jego filmów instruktażowych. Krótko mówiąc, świadczy to o tym, że zgadzamy się w pełni co do jednego - odchudzanie jest proste i można znaleźć w nim wiele przyjemności. Zapraszam do przeczytania naszej rozmowy :)

Mariuszu, na początku naszej rozmowy chciałbym zapytać, co skłoniło Cię, by zająć się sportem od strony instruktorskiej? Jesteś podwójnie licencjonowanym instruktorem sportu. Powiedz proszę, na czym polega zdobywanie takiej licencji i do czego ona uprawnia?
Od kiedy pamiętam, byłem aktywny sportowo. W liceum grałem intensywnie w koszykówkę i trenowałem lekkoatletykę. Momentem przełomowym był dla mnie okres, w którym wyjechałem na studia. Musiałem wtedy sam gotować, miałem natłok zajęć i przez rok zrezygnowałem z jakiegokolwiek sportu. Żyłem typowo studenckim życiem - dużo niezdrowego jedzenia typu kebab, do tego alkohol i brak ruchu. Wystarczył rok, żeby moje ciało diametralnie się zmieniło, i właśnie po tym roku postanowiłem coś ze sobą zrobić. Zacząłem chodzić na siłownię, biegać, zmieniłem swoje odżywianie i waga powoli zaczęła spadać, dzięki czemu wyglądałem coraz lepiej. Kiedy już osiągnąłem swój cel, coraz więcej ludzi, znajomych czy osób na siłowni, pytało mnie o radę, jak ćwiczyć, jak jeść i jak to wszystko osiągnąłem? Wtedy pojawiła się myśl, że to byłaby świetna praca dla mnie. Zacząłem się więc intensywnie uczyć, jeździć na przeróżne szkolenia: z odżywiania, treningów, a nawet z rozwoju osobistego. Najważniejszym z tych wszystkich szkoleń, było szkolenie na instruktora sportu, organizowane przez PZKFiTS (Polski Związek Kulturystyki, Fitness i Trójboju Siłowego – przyp. wdm1), który trwał ponad pół roku. Pod okiem najlepszych specjalistów w Polsce uczyłem się, jak jeszcze lepiej i skuteczniej robić to, czym już się zajmowałem. Kurs był zakończony egzaminem państwowym, po którym uzyskałem legitymację instruktorską. Ciekawostką i powodem do dumy jest fakt, że ponad połowa osób nie zdała tego egzaminu, był na tak wysokim poziomie. Kolejnym ważnym certyfikatem był Trener Personalny. Licencje, które posiadam, uprawniają mnie do pracy rekreacyjnej i sportowej, na siłowniach, w klubach fitness, w zasadzie w dowolnym miejscu, gdzie człowiek jest aktywny i potrzebuje opieki trenera.
Jacy ludzie zwracają się do Ciebie po pomoc i czego najczęściej oczekują?
Pracowałem z osobami z każdego przedziału wiekowego. Zdarzają się kilkunastoletni gimnazjaliści z nadwagą, tak jak i 65-letnie kobiety, które chcą popracować nad formą. Czasem są to studenci, czasem businessmani, a nawet lekarze i dietetycy (tak, oni też czasem potrzebują motywacji i profesjonalnego prowadzenia, aby zmienić swoją sylwetkę). Ludzie oczekują konkretów, przeważnie chcą schudnąć albo przybrać na czystej masie mięśniowej. Wtedy dokładnie ustalamy ich cel i go osiągamy. Praca z każdą z osób wygląda bardzo indywidualnie, ponieważ klienci są bardzo różni. U jednej osoby trzeba popracować nad motywacją, czyli wtedy robimy dużo ćwiczeń motywacyjnych, dzięki czemu ta osoba ma wielką chęć na ćwiczenia i poprawne odżywianie. U innych osób trzeba się skupić głownie na odżywianiu, ponieważ jeszcze nie mają świadomości jak ono jest ważne.
Jak myślisz, dlaczego wszyscy popełniamy tak wiele błędów podczas odchudzania? Z czego Twoim zdaniem to wynika i jak należałoby to zmienić?
Większość naszych błędów wynika z naszych złych nawyków oraz braku wiedzy.

Jeżeli otyła osoba przez kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt lat odżywiała się w jakiś sposób, to nagła zmiana o 180 stopni w odżywianiu czy treningach, bardzo często kończy się niepowodzeniem. Dlatego zmiany należy wprowadzać stopniowo i odpowiednią metodologią należy sprawić, aby to nowe odżywianie zmieniło się w nawyk. Jeżeli bazujemy na nawykach, to mamy świetny efekt. Jedną z największych przeszkód w osiągnieciu swojej idealnej sylwetki są złe nawyki oraz brak wiedzy, jak je zmienić na te dobre. Brak wiedzy, a mówiąc szczegółowo, to „zła wiedza”. Czyli weźmy osobę, która naczytała się popularnych gazet z nagłówkami typu „Schudnij 5 kg w tydzień”, „Płaski brzuch w dwa tygodnie”, albo jeszcze lepiej, zaczęła stosować jakąś super dietę cud. Według jej wiedzy, można schudnąć bardzo szybko. Wierzy, że są jakieś „cudowne” sposoby i triki na schudnięcie, że wystarczy coś jeść albo czegoś nie jeść. I kiedy taka osoba zaczyna się odchudzać i nie ma efektów, takie jakie są w tych kolorowych gazetach, to bardzo szybko się zniechęca. Jeżeli ta sama osoba miałaby odpowiednią wiedzę, pochodzącą z profesjonalnych źródeł, to wiedziałaby, że zdrowe odchudzanie to maksymalnie 1 kg na tydzień. Jeżeli chudniemy więcej, to możemy być pewni, że spalamy dużo masy mięśniowej, co prowadzi do spowolnienia metabolizmu i w efekcie gorszych efektów odchudzania. Nie chcę mówić, że odchudzanie jest trudne, ponieważ jest bardzo proste, jeżeli wiemy, co konkretnie robić. Jeżeli nie wiemy, będziemy się męczyć, będziemy się źle czuć i efektów też może nie być.
Zaobserwowałem, że wiele osób, które próbowały się odchudzać i ćwiczyć, prędzej czy później z tego rezygnują i wracają do dawnej wagi. Jak sądzisz, dlaczego tak się dzieje?
Mało osób wie, że po okresie, w którym osiągniemy swoją wagę docelową, powinien być okres stabilizacji, czyli powolnego zwiększania liczby kalorii. Bardzo dużo osób robi tak, że jak osiągną swoją wagę, to sobie po prostu odpuszczają (dietę i trening) i wtedy powstaje słynny efekt jojo. Wiele osób nie ma też świadomości, że jeżeli chcą mieć świetną sylwetkę, to jest to decyzja na całe życie, a nie tylko chwilowy kaprys. Nie mają świadomości, że tak naprawdę do końca życia powinniśmy zwracać uwagę na to co jemy. I do tego Was zachęcam, żeby Wasza przygoda ze zdrowym odżywianiem i ćwiczeniami trwała do końca Waszego życia :)
Jaka jest minimalna dawka ruchu, którą każdy z nas powinien sobie zapewnić w ciągu dnia, by zrzucić zbędne kilogramy, lub choćby utrzymać wagę?
Nie jest to dużo. Dla osób początkujących wystarczające jest ćwiczenie 3 razy w tygodniu po godzinkę, albo 1,5 godziny. Nawet nie wskazane jest częstsze ćwiczenie – nie zawsze więcej znaczy lepiej. Bardzo często zadaję takie pytanie klientom: „Czy jesteś w stanie poświęcić 3-5h godzin w całym tygodniu na ćwiczenia, po to, aby osiągnąć sylwetkę na którą zasługujesz?” Musimy mieć świadomość, że ruch nie jest najważniejszą kwestią, ponieważ najważniejsze w zrzucaniu zbędnych kilogramów i utrzymaniu wagi jest to, co jemy, więc na tym powinniśmy się skupiać.
Z czego (mam na myśli składniki odżywcze) absolutnie nie powinien rezygnować ktoś, kto dużo trenuje, a nie ma zbyt dużego pojęcia o odżywianiu?
Taka osoba nie powinna rezygnować z żadnych składników odżywczych, ponieważ każdy składnik jest nam potrzebny (oczywiście w odpowiednich proporcjach). Powinniśmy dostarczać sobie białka (głównie pełnowartościowego), trochę tłuszczów (najlepsze źródła to oliwa z oliwek, orzechy, tłuste ryby), węglowodanów (głównie o niskim indeksie glikemicznym), witamin, minerałów (sole mineralne) oraz wodę :) Kiedy ktoś chce zrzucać zbędne kilogramy, to powinien zwrócić uwagę na ilość białka w diecie, ponieważ przeważnie osoby odchudzające się spożywają go za mało.
Dlaczego Twoja strona internetowa – Transformator Sylwetki – różni się od innych stron tego typu? Co stanowi o jej wyjątkowości i dlaczego warto na nią zajrzeć?
Na tej stronie można dostać dostęp do trzech darmowych nagrań, w których w bardzo prosty sposób tłumaczę, co jest najważniejsze w odchudzaniu. Obalam też wiele mitów na temat odchudzania. Bardzo ważne jest to, że do odchudzania podchodzę w sposób holistyczny, czyli skupiam się na trzech najważniejszych filarach: motywacji, odżywianiu i diecie. To jest tak, jakbyś poszedł na konsultację do dietetyka, trenera oraz coucha motywacyjnego. Tam masz to wszystko razem.
Dziękuję za wszystkie Twoje odpowiedzi. Czy jest coś, co chciałbyś przekazać naszym Czytelnikom?
Dziękuję bardzo za tę rozmowę. Chciałbym, żeby każdy z czytelników zapamiętał jedno zdanie: „Wygląd Twojego ciała, to efekt podejmowanych przez Ciebie decyzji. Każdego dnia, każdej godziny i każdej minuty”. Czytając ten wywiad, podjąłeś małą decyzję, która przybliżyła się do Twojej idealnej sylwetki. Życzę Ci, abyś podejmował tylko i wyłącznie te decyzje, które przybliżają Cię do Twojego celu, niezależnie od tego, jaki on jest :)
Jeśli chcesz obejrzeć filmy instruktażowe Mariusza, w poniższym okienku wpisz swój adres e-mail. WARTO! Oglądaliśmy :)



Email :
 



wtorek, 24 stycznia 2012

Twarogi

                Trudno jest mi przejść obojętnie obok tematów, które po pierwsze są interesujące, a po drugie bardzo pomocne. Zmniejszanie wagi bardzo często idzie w parze z jedzeniem zwiększonych ilości nabiału. Na jednym z regularnie czytanych przeze mnie portali internetowych znalazłam dziś ciekawy artykuł traktujący o serach twarogowych, które od zawsze darzę olbrzymim uwielbieniem.

Zanim nabrałam jako takiego doświadczenia i wiedzy, jako nastolatka bardzo często jadłam słodkie serki homogenizowane, nie zastanawiając się głębiej nad tym, co właściwie złego w sobie mają i dlaczego aż tyle. Im byłam starsza, tym częściej pojawiał się na moim talerzu zwykły twaróg, który z przyjemnością jem do dziś (w ubiegłym tygodniu miałam wręcz bzika na punkcie białego sera i zjadłam chyba ze cztery kostki, a za chwilę biegnę po kolejną, bo wciąż nie mam dość!).

Ponieważ białe sery są lekkostrawne, powinny zajmować dość wysokie miejsce w piramidzie produktów spożywanych podczas diety redukującej wagę. Są dla nas doskonałym źródłem pełnowartościowego białka zawierającego aminokwasy (pomagają one tworzyć nowe komórki i odbudowywać te uszkodzone), których nasz organizm nie jest w stanie wytworzyć samodzielnie. Oprócz białka twaróg zawiera również cynk, potas, magnez, witaminy A i D oraz te z grupy E i B. Jeśli jednak chodzi o wapń, biały ser zawiera go mało, dlatego warto nie odrzucać całkowicie sera żółtego, zawierającego wapnia znacznie więcej (z tego też względu warto jest pić maślankę, która również zawiera dużo wapnia). Podczas diety redukującej najlepiej jest wybierać ser chudy lub półtłusty – różnica w kaloryczności na 100 g wynosi zaledwie nieco ponad 30 kcal (ser chudy ma 99 kcal/100g).

Osobną kwestią są słodkie serki homogenizowane, którymi „troskliwe” mamy karmią swoje dzieci w nadziei, że dzięki temu będą one lepiej rosły. Z reklamy pobrzmiewa przekaz – jeśli nie kupujesz swojemu dziecku naszego serka, jesteś ZŁĄ MATKĄ! Twoje dziecko będzie miało słabe kości i będzie to TWOJA wina! Cóż, nie ma to faktycznie nic wspólnego z rzeczywistością, bo oprócz jakiejś tam ilości witamin zawartych w tych serkach, znajdują się w nich również inne „radosne dodatki”. Przejrzałam w Internecie skład kilku najpopularniejszych serków dla dzieci (o dziwo nie wszystkie można znaleźć…). Znajdują się w nich przeważnie spore ilości cukru (i jeszcze więcej, ukrytego pod innymi nazwami – np. syrop glukozowy), sztuczne aromaty, żelatyna wieprzowa, czy sztuczne substancje słodzące. Nie wiem jak Wy, ale ja dopiero teraz odczuwam ich sztuczny smak. W ostatnim roku zdarzyło mi się zjeść kilka razy waniliowy serek homogenizowany od różnych producentów, ale każdy jest tak słodki, że od razu mnie mdli, a później czuję w ustach wstrętny, sztuczny posmak (nie wspominając o odbijaniu się). Drodzy Rodzice! Jeśli naprawdę zależy Wam na zdrowym rozwoju dziecka, odrzućcie te „gotowce”. Sami byliście dziećmi, Wasze mamy nie ładowały z Was słodzonych soczków dla dzieci (cukier na cukrze) i reklamowanych w telewizji serków. Czy jesteście przez to źle rozwinięci? Wasze kości przypominają gąbkę? Nie? Więc nie dajcie się ogłupić.

wtorek, 10 stycznia 2012

Ta cholerna tarczyca...

            Jak to jest, gdy nasza tarczyca zaczyna być nagle naszym przeciwnikiem? Jak to jest, gdy dietetycy i lekarze twierdzą, że przy niedoczynności można utrzymać stałą wagę, a choć jesteśmy na diecie i ćwiczymy, waga wcale nie chce spaść? I wreszcie jak to jest, gdy brakuje nam już sił na bieganie od lekarza do lekarza, a mimo to nadal nie wiemy, co tak właściwie się z nami dzieje?
            Przeczytajcie relację dziewczyny, która wszystko to zna z autopsji. Która, choć czasami brak jej słów i sił, jest dla mnie jest doskonałym przykładem na to, że choroba nie jest wytłumaczeniem dla zaniedbania siebie. Bo ona walczy. Walczy jak cholera i za to należą jej się największe brawa.


Witam…

Jak trudne są początki, jak trudno jest zacząć, wie najlepiej osoba, która całe życie zmaga się z samym sobą. Zmaga się ze startem, zmaga się w trakcie i najczęściej gdzieś na tej drodze się potyka.
Zacznę więc może od tego, kim jestem. W sierpniu tego roku skończę 25 lat. W czerwcu 2011 roku ukończyłam studia wyższe. Pracuję w zawodzie. Lubię swoją pracę. Jestem w szczęśliwym związku od ponad 2 lat. Kocham i jestem kochana. Kocham jego, nie potrafię pokochać siebie.
Dlaczego?
Może to zabrzmi trywialnie, ale... jestem gruba. Nie puszysta, nie grubej kości. Po prostu. Jestem gruba. Przy wzroście 172 cm ważę obecnie 105 kg. Nigdy tyle nie ważyłam.

Moja waga zawsze była na dużo na „plusie” ale przeważnie to kontrolowałam. Kilka dni lżejszej diety i gubiłam te 2 kg. Wszystko zmieniło się jakieś 2 lata temu. Ciągłe zmęczenie, powiedziałabym wręcz - znużenie. Rozkojarzenie, nerwowość i wirująca w górę waga… Z dnia na dzień było coraz gorzej. Widok w lustrze nie pozostawiał złudzeń. Podobnie jak zbliżająca się do setki wskazówka na wadze. Zrobiłam komplet badań. Wyniki były jednoznaczne. Ostra niedoczynność tarczycy.  Zawsze wiedziałam, że znajduję się w grupie ryzyka – kiedy miałam 7 miesięcy, mój ojciec miał zabieg wycięcia tarczycy. A że jestem najmłodsza z trojga rodzeństwa i zarówno starsza siostra jak i starszy brat (40 lat, 39 lat) mają prawidłowe wyniki istniało duże prawdopodobieństwo, że to ja „zostałam obciążona”…

Przedstawię może moje wyniki, dla osób które orientują się w temacie i są w stanie coś doradzić, będzie to na pewno wskazówka.

- tarczyca lawiruje od 9.5 mlU/l (wartość referencyjna 0.27-4.20 mlU/l), poprzez 4,64 mlU/l, 2,08 mlU/l,  4,06 mlU/l, 4.85 mlU/l (pomiar w październiku)
- FT4 które jest powiązane z tarczycą od 24 mlU/l do 15 mlU/l
- insulina 22.59 mlU/ml, po 120 min 30.03 mlU/ml (przyjęcie 75 gr glukozy)
- glukoza 91 mg/dl, po 120 minutach 82 mg/dl
- prolaktyna 687 ulU/ ml, wyrzut po godzinie MTC 8348 ulU/ml


Zaczęłam walkę, walkę którą toczę nadal, ale czuję, że ciągle ją przegrywam…
Endokrynolodzy, którzy za interpretację wyników laboratoryjnych i wypisaną receptę „kasują” 150 zł. Co wizytę wyższa dawka leku, co wizytę nowe badania laboratoryjne. Prolaktyna, hormony, cukier, insulina… Mogłabym się starać o kartę stałego Klienta w laboratorium. Obecnie przyjmuję codziennie lek Euthyrox N75. Podczas ostatniej wizyty u endokrynologa zasugerowano mi dietę z niskim indeksem glikemicznym, gdyż wyniki, pomimo tego iż prawidłowe – powiązane z moją nadwagą mogą prowadzić do cukrzycy typu II. Dodatkowo obciąża mnie fakt, że zarówno w rodzeństwie Mamy jak i Taty są osoby, które na cukrzyce chorują. Babcia ze strony Mamy umarła poprzez szereg skutków które wywołała cukrzyca.
Ja walczę. Walczę ze sobą na siłowni, walczę też w kuchni. Jednak czuję, że cały czas choroba wygrywa. Zostawiając kolejne pieniądze w laboratoriach czy u lekarzy, odchodzę z silniejszą dawką leku a waga stoi, albo wręcz rośnie… Czuję, że jestem kolejną receptą, a nie osobą która potrzebuje pomocy.

           
            Jak widzicie, sytuacja jest nietypowa. Stąd mój gorący apel i prośba o pomoc. Jeśli wśród Was jest ktoś, kto zmaga się z podobnym problemem i chciałby o tym porozmawiać, lub coś zasugerować, niech napisze parę słów w komentarzu. Będzie miło, jeśli zostawicie również swój adres mailowy, wówczas autorka listu będzie mogła się z Wami skontaktować. Możecie pomóc sobie nawzajem - w grupie siła! :) 

wtorek, 30 sierpnia 2011

169. panna Ortoreksja.


Ortoreksja... Czy to słowo jest Wam znajome? Brzmieniem niebezpiecznie zbliżone jest do anoreksji i gdyby się mu bliżej przypatrzeć, okazuje się, iż w rzeczywistości ma z nią coś wspólnego.

Ortoreksja (od greckiego orto - prawidłowy i oreksis - apetyt) to najprościej rzecz ujmując, zaliczana do zaburzeń odżywiania choroba polegająca na obsesyjnej dbałości o jakość spożywanego jedzenia. Postanowiłam poświęcić jej czas, ponieważ jest chorobą, która może nam towarzyszyć nawet bez naszej świadomości jej istnienia.

To cwana bestia, a rozwija się powoli, w ukryciu. Wystarczy, że przejdziemy na dietę... Zresztą podobnie, jak w przypadku anoreksji i bulimii. Pewnego dnia podejmujemy decyzję, że zaczynamy jeść zdrowo. Więcej uwagi poświęcamy na czytanie etykiet na produktach spożywczych, bacznie obserwujemy ich pochodzenie, skład i unikamy niektórych z nich. Odstawiamy jedzenie zawierające emulgatory, glutaminian sodu, benzoesan potasu, wapnia... Powoli skreślamy z naszej diety kolejne produkty, które wydają się nam szkodliwe. Jemy coraz mniej urozmaicone potrawy, ograniczamy się do kilku składników uznanych przez nas za zdrowe i bezpieczne. Jemy w samotności, unikamy jak ognia jedzenia w towarzystwie i poza domem, bo tylko my wiemy doskonale, co wolno nam włożyć do ust, a czego nie. Nie mamy zielonego pojęcia o tym, że coś jest z nami nie tak. Że nasze postrzeganie jest wypaczone. Że jesteśmy chorzy.

Ortoreksja rodzi się w głowie, dokładnie tak, jak każde inne zaburzenie odżywiania. Jedzenie to jedna z niewielu rzeczy, nad którymi mamy całkowitą kontrolę, a właśnie to rekompensuje ortorektykom niepowodzenia w innych dziedzinach życia. Kto jest szczególnie narażony na tę chorobę? Przede wszystkim skoncentrowani na sobie perfekcjoniści. Satysfakcjonująca jest dla nich świadomość, że doskonale (ich zdaniem!) dbają o sposób swojego żywienia, że są dobrze wyedukowani w tej kwestii i że wszyscy inni trują się szkodliwymi produktami. Są przekonani o tym, że ich dieta pozwoli im zachować doskonały wygląd i zdrowie. Każde odstępstwo od narzuconego reżimu powoduje u nich olbrzymie poczucie winy. Ich kontakty towarzyskie stają się coraz bardziej ograniczone, a zwykła dyskusja o jedzeniu może wywołać olbrzymią awanturę – ortorektyk bowiem wierzy w słuszność swoich poglądów, które uznaje za jedyne właściwe.

  Choroba ta przynosi za sobą wiele negatywnych skutków. Cierpiącej na nią osobie zaczyna brakować wielu podstawowych minerałów i witamin. Praca organów wewnętrznych zostaje zaburzona, a ogólny stan psychiczny i fizyczny ulegają znacznemu pogorszeniu. U chorego mogą wystąpić takie dolegliwości jak bóle brzucha, nudności, anemia, ogólne osłabienie. Do tego bóle i zawroty głowy, kłopoty z koncentracją i pamięcią, u kobiet może wystąpić zanik miesiączki. Gospodarka hormonalna ulega zachwianiu, a w skrajnych przypadkach ortoreksja może prowadzić do śmierci.

Brzmi parszywie i dość paradoksalnie, nieprawdaż? Chcę zwrócić Waszą uwagę na fakt, że zdrowe odżywianie nie polega na eliminacji wszystkich produktów uznanych przez nas za szkodliwe. Bo szczerze mówiąc... Gdybyśmy chcieli jeść naprawdę zdrowo, musielibyśmy hodować sobie własne warzywa, owoce, mieć kilka krówek i kurczaków, do tego własny staw rybny, a i tak nie moglibyśmy mieć pewności, że jemy w stu procentach tak, jak powinniśmy. W końcu wszędzie unoszą się spaliny, prawda? Obsesyjne dążenie do maksymalnie zdrowego odżywiania może wyrządzić więcej szkody, niż pożytku.


http://autoagresywni.pl.tl/

wtorek, 19 lipca 2011

160. rusz się, grubasku!

     Wiecie, że kiedyś trenowałam siatkówkę? Bardzo kiedyś i raczej trenowałam, ale trwało to w sumie pięć lat. Pewnie na początku zapowiadałam się świetnie, bo byłam wysoka i jeszcze nie bardzo gruba, więc ktoś mógłby stwierdzić, że mam potencjał i przy odrobinie szczęścia, coś ze mnie wyrośnie (wyrosło właściwie tylko z jednej z koleżanek, która gra aktualnie w PlusLidze Kobiet). No ale potem mi się dupsko rozrosło, a mój trener był karłowatym, skretyniałym ignorantem, gardzącym wszystkimi, którzy mimo starań nie byli w stanie przebić się do pierwszego składu (czyli np. ja), tak więc naderwanie więzadeł, które mi się przytrafiło, było jak dar od losu, który mogłam wykorzystać jako wspaniałą wymówkę. Jako dziewczę słusznych już rozmiarów, tj. w górę już nie rosłam, ale wszerz jak najbardziej, wuefu unikałam jak diabeł święconej wody. Do końca gimnazjum przesiedziałam na zwolnieniu lekarskim, a w liceum byłam już tak tęga, że kolana tak czy siak odmawiały mi posłuszeństwa. Udało mi się więc nie ćwiczyć przez kolejne trzy lata. Na studiach jednak aerobik trafił mi się jak ślepej kurze ziarno, więc nawet dość chętnie uczestniczyłam w tych zajęciach wuefu i było całkiem przyjemnie. Nasza instruktorka na koniec pierwszego roku wystawiła mi piątkę, ponieważ – jak wspomniała – mimo wszystko Agnieszka aktywnie uczestniczyła w zajęciach. To MIMO WSZYSTKO było oczywiście moje sto z groszami na wadze. No i od tamtej pory (w sensie od tego roku z aerobikiem raz na dwa tygodnie) dupska nie ruszałam. Znaczy, tak intensywnie, bo nie mogę powiedzieć, by brzuszki w domowym zaciszu, lub rolki od święta były czymś szalenie męczącym (kontynuować siłowni nie mogliśmy z przyczyn różnych). Nie ruszałam się aż do... przedwczoraj. Nie mogłam bowiem dłużej ignorować bliskości bieżni, tak więc wskoczyłam w adidasy i srrrru... przebiegłam cztery okrążenia, pod koniec będąc przekonaną o zbliżającej się eksplozji moich własnych płuc i doświadczającą pobiegowego ślinotoku, jakkolwiek to brzmi (aktualnie, po dwóch dniach biegania odczuwam bóle w ciele całym, ale nie są to na szczęście bóle skrajnie nieprzyjemne). 

     Piszę o tym wszystkim, ponieważ, kurza stopa, grubasy (zazwyczaj! – znów zaznaczam, by mi kto mądry nie zarzucił generalizowania) się nie ruszają. Ja wiem, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Ja wiem, że oblepiający nas tłuszcz jest na tyle uciążliwy, że skutecznie blokuje w nas jakiekolwiek chęci do wysiłku fizycznego. Ja też kilka lat temu na samą myśl o tym, że miałabym IŚĆ NA SIŁOWNIĘ, albo ĆWICZYĆ NA WUEFIE (na oczach chłopców w równoległych klas?! Po  moim zimnym trupie!!) oblewał mnie zimny pot. Jak to: SIĘ RUSZYĆ?! Żeby mi się tłuszcz trząsł? Żeby mi dupsko skakało w górę i w dół, żebym się zrobiła czerwona jak świeżutka wołowinka, żebym spływała śmierdzącym potem jak po wyjściu z wody i żebym dyszała, jak parowóz? Co to, to nie, nie moi Mili, nie-ma-takiej-opcji, arrivederci, skoczę do sklepu po czekolaaaaadęęęęę! Tak mniej więcej wyglądał mój stosunek do wysiłku fizycznego, gdy byłam gruba. Nie chodziło zresztą tylko o to, że się wstydziłam swojego ciała, które podczas jakichkolwiek gwałtownych ruchów falowało niczym woda na wzburzonym oceanie. Powodem mojej niechęci był również strach przed tym, że mi znów kolano pęknie, jak to mawiać zwykłam, lub że ze zwykłej swej niezdarności (wczoraj stłukłam kolejne dwie szklane miseczki... ostatnie dwie) krzywdę sobie zrobię i tyle z tego będzie. I w sumie nie dziwi mnie, gdy w mailach do mnie piszecie, że właściwie to poszłybyście na siłowię, ale wstydzicie się tego, że ktoś będzie się na Was gapił. Niechże się gapi, wszak przychodzicie tam po to, żeby pozbyć się tego, co Was męczy, nie kroczycie przecież po wybiegu w Mediolanie, nieprawdaż? A ja i tak po raz kolejny powtarzam – lepszy, niż brak ruchu, jest nawet NAJMNIEJSZY wysiłek. Wychodzisz na spacer z psem, to idź żwawym, szybkim krokiem i wydłuż ten spacer o dziesięć minut! Pies z pewnością będzie wdzięczny, a jeśli Tobie się oddech przyspieszy, to wiedz, że zrobiłaś maleńki kroczek do przodu. A kroczek za kroczkiem... Ale pamiętaj o tym, że nawet zwiększając powoli swój wysiłek, nie schudniesz w tydzień. Po wielu, wielu latach siedzenia na tyłku nie myśl nawet o tym, że będziesz w stanie biec bez zmęczenia przez piętnaście minut. Musisz najpierw obudzić swój organizm i swoje od dawna nie używane mięśnie. A sam ruch? Cóż... przyspiesza metabolizm. ;)

Zatem - tak wygląda ktoś, kto się nie rusza :P



A tak wyglądałam, gdy JESZCZE trenowałam (to chyba 6 klasa podstawówki, czy co... szału nie ma :P) 



czwartek, 7 lipca 2011

154. najzdrowsza dieta świata?

     Gdyby ktoś kiedykolwiek zastanawiał się nad tym, którego kraju mieszkańcy odżywiają się najzdrowiej, prędzej czy później trafiłby do krajów basenu Morza Śródziemnego. Nie od dziś dowiem wiadomo, że dieta śródziemnomorska jest najzdrowsza, zawiera bowiem produkty nieprzetworzone i pełnoziarniste, nasiona roślin strączkowych, morskie ryby, warzywa i owoce, a także oliwę z oliwek. W zasadzie w ciągu ostatnich (mniej więcej) pięćdziesięciu lat i ten fantastyczny sposób odżywiania spadł na łeb na szyję ze względu na coraz bardziej siedzący tryb życia i wysokoprzetworzone papu, niemniej są miejsca (np. Kreta), gdzie ten zdrowy sposób żywienia nadal funkcjonuje. 

     Magazyn U.S. News & WorldReport, publikujący wiele fantastycznych rankingów z najróżniejszych dziedzin (m.in. edukacji i zdrowia), podjął się ostatnio oceny najpopularniejszych w USA sposobów żywienia.  Miesiąc temu, dokładnie 6 czerwca, opublikowano wyniki badań 22 uznanych ekspertów (informacje o tym, KTO oceniał diety, znajdziecie TUTAJ). Pierwsze miejsce w tym rankingu zajęła dieta DASH (ang. Dietary Approaches to Stop Hypertension – zalecenia dietetyczne, mające na celu obniżenie nadciśnienia), drugie z kolei dieta śródziemnomoska (warto wspomnieć, że na podstawie obu diet powstaje menu dietetycznego cateringu LightBox, o którym pisałam TU). 

     Czym charakteryzuje się dieta DASH? Jej twórcy dokonali podziału produktów spożywczych na osiem grup. Każdej z nich została przypisana określona ilość porcji, które wolno zjeść w ciągu dnia i które można ze sobą dowolnie łączyć. I tak: 

     Produkty zbożowe oraz kasze (dostarczające błonnika utrudniającego przyswajanie tłuszczu i obniżającego poziom cholesterolu): 
- 5-6 porcji dziennie (z czego jedna porcja to: 3 łyżki muesli wielozbożowego, płatków owsianych lub pół szklanki ugotowanego ryżu lub kaszy, kromka chleba pełnoziarnistego lub razowego albo mała grahamka);

     Warzywa (będące źródłem potasu, bardzo istotnego w procesie regulacji gospodarki wodnej organizmu oraz obniżającego ciśnienie):
 - 4-5 razy w ciągu dnia (najlepiej zjadane na surowo, ewentualnie gotowane na parze. Porcję stanowi np. szklanka surowych warzyw, pół szklanki gotowanych warzyw, szklanka soku warzywnego);

     Owoce (źródło witaminy C i beta-karotenu, które chronią tętnice przed działaniem wolnych rodników): 

- wg zaleceń twórców diety należy jeść je 4-5 razy dziennie, najlepiej na surowo, łącznie ze skórką (jeśli się da :P). Porcją może być średniej wielkości owoc, ćwierć szklanki owocowego soku, garść rodzynek, pół szklanki borówek bądź jeżyn lub 4-5 suszonych moreli);  

     Chude przetwory mleczne (które stanowią źródło wapnia i witaminę B2, łagodzącą objawy stresu i mającą dobry wpływ na działanie układu nerwowego):
- 2-3 razy dziennie. Porcja to np. szklanka maślanki, pół szklanki naturalnego jogurtu, ¼ kostki chudego bądź półtłustego twarogu; 

     Orzechy, nasiona, strączkowe (obniżające o niemal 30% poziom złego cholesterolu i wzmacniające serce dzięki dużej zawartości potasu): 
- jedz 45 razy tygodniowo (np. 1/3 szklanki orzechów lub migdałów, 2 łyżki nasion słonecznika lub dyni, pół szklanki zielonego groszku);

     Morskie ryby (bogactwo kwasów tłuszczowychh omega-3, które zapobiegają zakrzepom i obniżają ciśnienie): 
- 2-3 razy w tygodniu, z czego porcja to 100 g ugotowanej lub smażonej ryby;

     Tłuszcze roślinne (posiadają zdrowe dla serca nienasycone kwasy tłuszczowe): 
- spożywaj 2–3 razy dziennie. Porcja to: łyżeczka margaryny miękkiej z kubeczka, łyżeczka majonezu, łyżka oliwy lub oleju rzepakowego;

     Miód i gorzka czekolada (mają działanie przeciwutleniające, co zmniejszaja ryzyko zakrzepów oraz zawałów serca):
- jedz 3-4 razy w tygodniu. Porcja to: łyżeczka miodu, kostka czekolady.

     Co również istotne, stosując dietę DASH należy ograniczyć spożycie soli do pół łyżeczki dziennie. Należy pamiętać o ograniczeniu picia kawy i dostarczaniu sobie co najmniej 1,5 litra płynów (zalecana jest niskosodowa woda mineralna lub zielona herbata).  

     O tym, w jaki sposób oceniano diety i co wzięto pod uwagę, możecie przeczytać TUTAJ, natomiast informacje o samych dietach znajdziecie w TYM miejscu. 
Istotne jest, że wśród dwudziestu diet nie znalazła się popularna dieta Dukana (to, że coś jest skuteczne, nie znaczy że zdrowe. Było nie było, głodówka też jest skuteczna...).

środa, 1 czerwca 2011

146. "a moja otyłość jest genetyczna..."

     Nie ma chyba bardziej popularnego tłumaczenia własnej otyłości, niż stwierdzenie: to genetyczne. Owszem, genetyka w tej kwestii ma dość wiele do powiedzenia, ale wyświechtane tłumaczenie każdego możliwego przypadku zdaje się być sporym nadużyciem.

     Fachowa i jak zwykle niezastąpiona (proszę potraktować to ze zmrużeniem oka...) Wikipedia, mówi, że istnieją genetycznie uwarunkowane zespoły chorobowe prowadzące do nadmiernego gromadzenia się tkanki tłuszczowej w organizmie (zespół Pradera-Williego, zespół Laurence'a-Moona-Biedla, zespół Cohena oraz zespół Carpentera). Za otyłość odpowiadać mogą również mutacje jednogenowe i wielogenowe. Cytując: Mutacje mogą dotyczyć genów związanych z regulacją pobierania energii z pożywieniem, poziomem podstawowej przemiany materii, dojrzewaniem komórek tkanki tłuszczowej, aktywnością enzymów odpowiedzialnych za gospodarkę tłuszczową i węglowodanową. W ich wyniku dochodzi do przewagi procesów magazynowania energii nad procesami jej wydatkowania.

     Tylko że... ja patrzę na to z nieco innej strony. Nie neguję oczywiście naukowo udowodnionych faktów (lub jak niektórzy lubią mówić: faktów autentycznych ;p), ale chciałabym zwrócić uwagę na jedną rzecz. Dietetycy często pytają o to, czy rodzice również posiadają problem z dodatkowymi kilogramami. Mogą mieć, ale nie muszą. Tylko czy nikomu nie przyszło do głowy, że otyłość nie wynika tylko z tego, że rodzice są grubi, ale również z niewłaściwego sposobu jedzenia? Nawyki żywieniowe wyniesione z domu często są tak bardzo w nas zakorzenione, że powielamy je i czy tego chcemy, czy nie, one na nas działają. Wiadomo, jak tłusta jest kuchnia większości naszych babć i mam (co wiele z Was zaznacza w mailach, narzekając na kuchnie swych rodzicielek i teściowych). Polewanie tłuszczem ogromnej kopy ziemniaków, grube panierowanie wszelkiego rodzaju kotletów (łącznie z mielonymi, czego chyba nie zrozumiem już nigdy), uwielbienie dla odsmażanych pierogów i mocno śmietanowych zup... Pisałam o tym już sto tysięcy razy, ale czym innym to jest, jak nie tuczeniem się na własne życzenie?

     Gdy przypominam sobie kuchnię mojej babci, nie widzę w niej tego, na czym opiera się mój całkowicie zrewolucjonizowany sposób żywienia. Jest to kwestia przyzwyczajeń, innego pokolenia – takiego, które żyło w czasach, gdy niemożliwym było pójście do sklepu i kupienie warzyw, które dziś kupujemy bez problemów. Jej sposób żywienia był uwarunkowany przez historię, a nie przez geny, czy cokolwiek innego. Ona nie potrafi przemóc się i sama, z własnej woli zrobić surówki ze świeżych warzyw. Te rzeczy w jej lodówce nie istnieją. Jest tam tłusta szynka, ser, jajka, twaróg... Warzyw nie ma. I teraz zauważcie: ktoś, kto od dzieciństwa przyzwyczaił się do takiej kuchni, te przyzwyczajenia przenosi na własne dzieci. One z kolei przenoszą je na swoje dzieci. I w tym momencie pojawiam się ja, córka moich rodziców, wnuczka moich dziadków. Niejako wyłamałam się z tego zaklętego kręgu niezdrowej kuchni w momencie, gdy przeszłam na dietę. Wcześniej nie jadłam warzyw (mój brat niestety unika większości z nich do dzisiaj), a za normalną kuchnię uznawałam tę, którą znałam od lat. I choć moi rodzice miewali sobie grubsze i szczuplejsze okresy, nie wynikało to z ich jakiejś tam genetycznej skłonności do nadwagi – absolutnie nie. Było to spowodowane wyłącznie kuchnią, sposobem żywienia i słabością do łakoci. Moja Mamcia dopiero TERAZ dokonała chwalebnej rewolucji, bo zachęcona moimi radami, zmodyfikowała również swoją kuchnię. Ale zobaczcie, jak silny wpływ mają na nas przyzwyczajenia naszych rodziców. Śmiało ryzykuję stwierdzenie, że tych otyłości związanych z genetyką jest naprawdę bardzo, ale to bardzo niewiele w porównaniu do przypadków spowodowanych po prostu niewłaściwym sposobem jedzenia. Łatwo jest zwalić na  geny (albo grube kości!) nasze lenistwo i słabości. Tylko że w pewnym momencie staje się to śmieszne. Jeśli otyłość u wszystkich, którzy tak twierdzą, jest kwestią genów...


źródło: kwejk.pl 

czwartek, 19 maja 2011

142. węglowodany nie tuczą!

Planowałam napisać o czymś zupełnie innym, zupełnie nie związanym z tym, co poniżej. Ale gdy jak każdego ranka odpaliłam Onet i trafiłam na ten (odrobinę) szokujący tytuł, w jednej sekundzie zmieniłam swoje plany.


Ten, w pewnym sensie, niezwykły tytuł przyciągnął mnie niczym magnes. Najpierw wsadziłam sobie do ust łyżkę owsianki z truskawkami i porzeczkami (kupiłam wczoraj mrożone! :P), później ochłonęłam i zaczęłam czytać. Oto, co ujrzałam:


Zapomnijmy o diecie Atkinsa. Naukowcy przekonują, że węglowodany są bardzo przydatne w diecie i mogą przyczynić się do utraty wagi. Najnowsza dietetyczna książka "The Carb Lover's Diet" ("Dieta dla miłośników węglowodanów") zapewne przyniesie ulgę miłośnikom chleba, makaronów i pizzy. Specjaliści przekonują, że węglowodany są niezbędnym składnikiem w diecie zapewniającej zgrabną sylwetkę. Książka łamiąca wszelkie dietetyczne zakazy, w zaledwie pół roku stała się bestsellerem w Stanach.


Cóż, Ameryki ci specjaliści nie odkryli. Nie od dziś wiadomo, że aby zachować zdrowie i ładną sylwetkę, należy sobie dostarczać wszystkich składników w odpowiednich proporcjach: nie tylko białka i tłuszczu, ale i tych strasznych węglowodanów z wielkimi zębami i długimi, ostrymi pazurami, które tylko czekają, byśmy wzięli je do ust, by mogły zacząć siać spustoszenie w naszym ciele i osadzić się gdzieś w biodrach albo na udach.

Węglowodany powracają do łask w dużej mierze dzięki tzw. "skrobi opornej", która nie poddaje się działaniu enzymów trawiennych i nie rozkłada się do postaci glukozy. To powoduje, że nie jest ona wchłaniana w jelicie cienkim, tylko przechodzi do jelita grubego, gdzie ulega fermentacji z udziałem mikroflory jelitowej. W efekcie powstają krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe, które biorą udział w metabolizmie organizmu i działają podobnie jak błonnik. Skrobia oporna wypełnia przewód pokarmowy w większym stopniu niż zwykła skrobia. Efektem tego jest mniejszy przyrost masy ciała, a zwłaszcza tkanki tłuszczowej. Autorzy najnowszej, dietetycznej książki donoszą, że skrobia odporna znajduje się w produktach bogatych w węglowodany, takich jak banany, płatki owsiane, brązowy ryż i ziemniaki. Spożywanie tych produktów przyczynia się do tłumienia apetytu, wzmaga metabolizm, poprawia nastrój, obniża poziom stresu i przyspiesza utratę wagi. Swoje tezy naukowcy z University of Colorado Centre for Human Nutrition w Denver potwierdzają badaniami przeprowadzonymi na 4451 chętnych. Eksperyment wykazał, że najszczuplejsze osoby spożywały duże ilości węglowodanów w postaci całych ziaren, owoców i warzyw. Jeśli popularność nowej książki i teorii o zbawiennym wpływie węglowodanów na ciało, przełoży się na popularność nowego sposobu odżywiania wielu ludzi, przyćmi to popularne w ostatnich miesiącach diety oparte na proteinach.

- Jedząc zgodnie z zasadami diety niskowęglowodanowej i bogatej w proteiny, oczywiście tracisz na wadze. Należy jednak pamiętać, że jest to niezdrowe. Poza tym nie jest to długotrwałe rozwiązanie - wyjaśnia Elisabeth Weichselbaum z British Nutrition Foundation. Specjaliści przekonują, że dieta opisana w książce może przyczynić się do utraty wagi, pod jednym warunkiem. Nie stanie się wymówką do spożywania nieograniczonej ilości makaronów i pizzy.


Choć pierwszy raz przeczytałam o czymś takim jak SKROBIA OPORNA, pewnie nie wzięło się to z kosmosu. Wklepałam ów termin w Google, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej. Z TEJ strony dowiedziałam się, że skrobia dzieli się na trzy grupy:


1) skrobia szybko przyswajalna, czyli taka, która jest trawiona w ciągu 20 minut. Najlepszy przykład to gorące puree ziemniaczane;

2) powoli strawna skrobia, która jest trawiona od 20 do 100 minut. Przykład: skrobia z całych ziaren pszenicy;

3) skrobia oporna, która nie jest trawiona, lecz poddawana fermentacji w jelicie grubym.

Najbardziej kaloryczne są dania spożywane bezpośrednio po obróbce termicznej, gdyż gotowanie np. ziemniaków powoduje „skleikowanie" w nich skrobi, a co za tym idzie - całkowite jej strawienie. Jeśli natomiast takie danie schłodzimy, to zajdzie proces, w wyniku którego skrobia przybierze postać krystaliczną, która jest odporna na trawienie, co automatycznie obniży wartość kaloryczną produktu. Zatem skrobia taka pełni rolę zbliżoną do roli błonnika pokarmowego - spożywanie jej powoduje obniżenie poziomu glukozy we krwi i zmniejszenie zapotrzebowania na niezbędną do jej metabolizowania insulinę. Skrobia oporna wypełnia przewód pokarmowy w większym stopniu niż zwykła skrobia. Efektem tego jest mniejszy przyrost ciała, a zwłaszcza tkanki tłuszczowej. Przeprowadzone do tej pory badania wykazały, że u osób, w których diecie około 5 procent  węglowodanów pochodzi z produktów o wysokiej zawartości skrobi opornej spalanie tkanki tłuszczowej wzrosło (wykorzystanie tłuszczu jako paliwa zamiast węglowodanów) o 23 procent. Zaleca się, by w diecie znalazło się jej ok. 20 g na dobę.

Przykładowe produkty z zawartością skrobi opornej to:

- ugotowane i, co najważniejsze, schłodzone - ryż (0,5 szklanki brązowego ryżu - 1,7 g, 0,5 szklanki białego ryżu - 0,9 g), ziemniaki (1 średnio - 1,3 g) i makaron  (1 filiżanka - 1,9 g);  

- niedojrzałe owoce; 

- gotowana soczewica (0,5 filiżanki - 2,5 g), fasola (0,5 filiżanki - 2,4 g), płatki owsiane (0,5 filiżanki - 0,7 g); 

- pieczywo, koniecznie pełnoziarniste (1 kromka- 0,25 g);

- pełnoziarniste produkty zbożowe,  nasiona i orzechy, np. żyto, pszenica, kasza manna, siemię lniane.


Hmm... jest to interesujące i prawdę mówiąc szalenie mnie zaskoczyło. Choć nie lubię na blogu popełniać artykułów opierających się na cudownych prawdach objawionych amerykańskich naukowców (brzmi to dla mnie jak totalny oksymoron, serio), takie informacje są bardzo przydatne. Po pierwsze mogą dać do myślenia zakochanym w białkach ludziom, którzy na słowo WĘGLOWODANY reagują wręcz alergicznie, po drugie, mogą nieco uspokoić tych, którzy choć węglowodany spożywają, obawiają się ich.
Można wiele razy próbować uświadomić ludziom, że węgle nie są trucizną i nie zabiją nas w chwili, gdy wsadzimy je do ust. Jesteśmy trochę jak owce biegnące za stadem. Pojawi się obłędnie skuteczna dieta eliminująca którykolwiek z niezbędnych nam składników i święcie wierzymy w jej zasady, które wydaję się nam jedynymi słusznymi. Najważniejsza w naturze jest RÓWNOWAGA (hah, przyszły mi na myśl Pamiętniki Wampirów). A równowaga w odżywianiu to łączenie WSZYSTKICH składników w odpowiednich ilościach. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...