Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy i gotowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy i gotowanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 stycznia 2012

Nie kupuj więcej, niż możesz zjeść!

          Waldek był przerażony i rozglądał się wokół z niedowierzaniem, gdy robiliśmy przedświąteczne zakupy. W oczy rzucało się jedno: ludzie sprawiali wrażenie, jakby szykowali się do wojny. I nie chodzi tu o kupowanie masek przeciwgazowych. Chodzi o JEDZENIE. To, że Polacy wyrzucają tony jedzenia, wiadomo nie od dziś i przynajmniej raz w roku mówi się o tym w telewizji i pisze w gazetach. Ale skoro wyrzucają, to po co robią zakupy tak duże, jakby za kilka dni miało rozpocząć się wielkie oblężenie i trzeba było przez kilka miesięcy żyć na tym, co kupiło się wcześniej? Kupowanie większych ilości pożywienia, niż jest się w stanie zjeść, to jedna z przyczyn przybierania na wadze. Jeśli jesteśmy ludźmi, którzy jedzenie szanują i wyrzucają je tylko w  ostateczności, trudno jest nie spotkać się z sytuacją, w której stajemy przed wyborem: wyrzucić albo zjeść. Problem w tym, że często wybieramy to drugie. Zjem, bo inaczej się zmarnuje.   

                Jednym z najlepszych sposobów na utrzymanie szczupłej sylwetki (i przy okazji oszczędzenie paru groszy) jest to, o czym dawno, dawno temu, na początku istnienia bloga pisał Waldek.

Kupuj tylko tyle, ile jesteś w stanie zjeść 

                Minęło już kilkanaście miesięcy, odkąd mieszkamy razem i to na mojej głowie jest gotowanie. Dobrze, że naprawdę to pokochałam, w przeciwnym razie groziłoby nam żywienie się gotowcami, od których (jeśli już mam wątpliwą przyjemność skosztowania ich z konieczności) jest mi ciężko i mało komfortowo na żołądku. Uwierzcie, że szalenie przykro patrzy mi się na kobiety, które stoją przede mną w kolejce do kasy i wyjmują z  wózka mrożone zapiekanki, mrożone pizze i lasagne, mrożone frytki, gotowe pierogi, gotowe sosy do makaronu i mięs, czy wszelkiego rodzaju fixy. Ostatnio nawet stałam za jedną taką. Miała piękne długaśne akryle i grubą warstwę podkładu na twarzy, a w wózku z zakupami wielkie GIE. Piękność owa kupowała praktycznie same wysoko przetworzone produkty, ale nie były to pojedyncze sztuki, a spore ilości. Pewnie na cały tydzień. Wywnioskowałam, że zarówno ona, jak i jej śliczna córeczka oraz szczęśliwy (nieobecny w sklepie) wybranek, przez cały nadchodzący tydzień będą żywić się przysmakami, które wystarczy zaledwie odgrzać. Niech sobie jedzą, smacznego. Być może nie zależy im na zdrowiu, być może szkoda im czasu (co za tłumaczenie!) na przygotowanie czegoś samodzielnie. Nie mój problem. Wspominam jednak o tym dlatego, że przytoczony przeze mnie przykład nie jest czymś wyjątkowym. Ludzie robią tak nagminnie i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić. Wracając jednak do głównego tematu.

Ustalona przez Ciebie podstawowa zawartość lodówki to gwarancja sukcesu

                Dużo czasu zajęło mi nauczenie się, w jaki sposób robić zakupy, by nie musieć w trakcie tygodnia biegać do sklepu po coś więcej, niż napoje, pieczywo i ewentualnie świeże mięso oraz warzywa dla psa. Posiadanie w lodówce pewnej grupy podstawowych produktów sprawia, że:
1) Nie marnujemy czasu na zakupy każdego dnia;
2) Możemy (w pewnym sensie również musimy) ugotować coś z produktów przez nas posiadanych;
3) Nie kuszą nas słodycze, chrupki, chipsy i innego rodzaju przekąski, bo jeśli nie mamy ich w domu, łatwiej nam bez nich wytrzymać. 

           Wydaje się to mało odkrywcze? 
         Być może, ale z doświadczenia i relacji innych wiem, jak trudno jest im ugotować cokolwiek, bo narzekają, że czegoś im w lodówce brakuje, a nie mają ochoty na wychodzenie z domu po jeden produkt (a moja Mama jest w tym mistrzynią, bo na zakupy chodzi codziennie po pracy, a i tak zawsze narzeka, że czegoś jej brakuje). Dodatkowo jest to dla mnie jeden z NAJLEPSZYCH sposobów na chudnięcie i utrzymanie wagi. Nie grozi tym, że muszę coś „wyjeść”, bo inaczej razie zepsuje się i zmarnuje. Mój aktualny podstawowy zestaw produktów delikatnie odbiega od tego stworzonego niemalże 2 lata temu przez Waldka. Zmienia się to oczywiście w zależności od pory roku i od tego, co planuję gotować przez najbliższy tydzień. 
Wychodzę z założenia, że jeśli w lodówce ZAWSZE mam warzywa, nabiał i jajka, w szafkach makaron, ryż i kaszę, a w zamrażalniku kilka rodzajów mięsa i ryb, nie biegam jak szalona po sklepach i nie marnuję czasu. Gotuję z tego, co mam, chyba że naprawdę mam ochotę na coś innego, lub jest weekend, bo i tak robię wówczas tygodniowe zakupy. Uzupełniam wówczas to, co zjedliśmy w ciągu tygodnia i nigdy nie dopuszczam do sytuacji, w której mówię, że nie mam pomysłu na ugotowanie obiadu. Można zrobić „coś z niczego” (i nie będzie to kaloryczne!) i o tym już wkrótce.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...