Pokazywanie postów oznaczonych etykietą otyłość a nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą otyłość a nauka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 stycznia 2012

Im Polacy lepiej wykształceni, tym szczuplejsi

                Jedną z najbardziej zadziwiających informacji, jaką przeczytałam w ostatnich dniach była ta, że wraz ze wzrostem wykształcenia maleje procent otyłości w społeczeństwie. Zaskakujące? Co najmniej, zważywszy na fakt, że można byłoby połączyć to z zarobkami i na chłopski rozum wyniki powinny być zupełnie inne.

                Przejrzałam wyniki badań statystycznych Eurostatu, chcąc poznać, jak sprawa wygląda w przypadku naszego pięknego kraju, mlekiem i miodem płynącym, gdzie obywatele uśmiechają się od ucha do ucha i dziękują rządzącym za tę sielankę. Szczęka w dół, Mili moi! Dobrze, że chociaż nasi panowie trzymają się jako tako, bo kobiety pogrążają nas zupełnie.

                Eurostat podzielił kobiety i mężczyzn na krzy kategorie. Tych z wykształceniem najniższym, tych  z wykształceniem średnim i tych, którzy posiadają wykształcenie wyższe. AJ WAJ! Chciałoby się wpełznąć w mysią dziurę i przeczekać burzę. Boli w oczy, boli!
               
Polki – wykształcenie podstawowe – 24,8% otyłych
Polki – wykształcenie średnie – 15,4% otyłych
Polki – wykształcenie wyższe – 7,2% otyłych (otyłych Włoszek z wyższym wykształceniem jest 3,6%)

Polacy – wykształcenie podstawowe – 16,0% otyłych
Polacy – wykształcenie średnie – 18,1% otyłych
Polacy – wykształcenie wyższe – 15,0% otyłych
               
                Chwila na oddech? Wdech, wydech, wdech, wydech... Już? Co się więc – do jasnej anielki – dzieje? Zinterpretujmy to najprościej, jak się da. Teoretycznie rzecz biorąc, osoby z wykształceniem wyższym kształcą się po to, by móc zarabiać więcej. Mając więcej pieniędzy, mogą pozwolić sobie na lepszej jakości jedzenie. Powszechnie myśli się i mówi, że więcej jedzenia i więcej pieniędzy oznacza większą pupę (jak ostatnio lansowane celebrytki z pewnej popularnej w branży lordziarskiej rodziny). Bo bogaty, więc jak lodówę napełni, to chodzi i żre, bo przecież co się ma zmarnować. Uboższy z kolei, czyli według stereotypów ten, który ma wykształcenie podstawowe, je byle co, zapycha się ziemniakami i kluchami wszelkiej maści (bo najtańsze, a na lepsze go nie stać), więc tyje.  Tymczasem okazuje się, że niekoniecznie musi być tak, jak myślimy. 

                Przyczyna tego stanu rzeczy może leżeć w większej świadomości jedzenia wśród lepiej wykształconych. Ciężko jest mi w ogóle na sto procent stwierdzić, w jaki sposób wykształcenie miałoby miec wpływ na to, czy ktoś jest otyły, czy nie, ale fakty są faktami i koń jaki jest, każdy widzi, a wyniki jakie mamy, również. Zauważcie jednak, że tak dużą różnicę widać tylko, jeśli chodzi o Polki. W przypadku Polaków procentowa ilość otyłych jest w zasadzie równa, choć fakt faktem, mężczyzn z wyższym wykształceniem jest o 1% mniej niż tych, którzy mają wykształcenie podstawowe i o 3% mniej, niż tych z wykształceniem średnim.

                O co więc chodzi?


PS. Gapiostwo górą! Rosnąca sterta książek do zrecenzowania (terminy!!!!), dwa wybitnie głupie kolokwia i miliardy innych rzeczy na głowie sprawiły, że dopiero wczoraj odgrzebałam ze sterty papierów styczniowy numer Superlinii (pomijam już fakt, że mam np. nieprzeczytaną od trzech miesięcy Galę i dwa ostatnie numery Uważam Rze, również nietknięte). Pluję sobie w brodę, że nie zrobiłam tego wcześniej, bo Superlinia wraz z firmą Lightbox (o której pisałam TUTAJ - to ci, którzy robią fajne dietetyczne jedzonko i wszystkie kalorie, witaminy i te inne ważne rzeczy mają wyliczone chyba do piątego miejsca po przecinku, czego nikt w warunkach domowych nie zdoła zrobić :P) robi fajną akcję, która polega na tym, że wybierają wspólnie trzy osoby z Trójmiasta i Warszawy (bo w tych miejscach działa Lightbox), które przez trzy miesiące będą jeść dietetyczne posiłki przygotowane właśnie przez Lightbox, będą uczęszczać na darmowy (!!) fitness, zaliczą sesję zdjęciową przed i po odchudzaniu i będą mieć przy tym opiekę dietetyka. I właściwie teraz to już chyba za późno, bo tylko do jutra można wysyłać swoje zgłoszenia (cytuję: W projekcie mogą wziąć udział mieszkanki i mieszkańcy Warszawy oraz Trójmiasta. Zgłoszenia należy nadsyłać do 17 stycznia 2012 r., z dołączonym aktualnym zdjęciem wraz z wymiarami (wzrost, waga, wiek), z krótkim opisem historii nadwagi i aktualnymi (nie starszymi niż trzy miesiące) wynikami badań obejmujących morfologię, oznaczenie poziomu glukozy i składników lipidowych (cholesterol całkowity i jego frakcje – LDL i HDL oraz trójglicerydy) we krwi. Uwaga: nieprawidłowe wyniki nie dyskwalifikują! Ten program przeznaczony jest właśnie dla osób z nadprogramowymi kilogramami, którym towarzyszą inne problemy zdrowotne. Prosimy o podanie adresu, numeru telefonu i adresu e-mail. Spośród nadesłanych zgłoszeń zostaną wybrane trzy osoby,
które wezmą udział w naszym nowym projekcie „Dieta jak lekarstwo”. Ukończenie 18 lat wymagane.) 

Mail: superlinia@mpublishing.pl


Fajna akcja, szkoda tylko, że wcześniej się nie zorientowałam, bo od razu dałabym znać :))))

środa, 4 stycznia 2012

Polko! Polaku! TYJESZ!

Gonimy Amerykanów. Gonimy niestrudzenie. Nie pod względem zarobków, czy jakości życia, ale otyłości. Brzmi jak żart, a żartem wcale nie jest. Lekarze biją na alarm, a Polacy obżerają się w najlepsze i tyją na potęgę.

Eurostat, Urząd Statystyczny Unii Europejskiej opublikował niedawno wyniki badań, przedstawiające odsetek otyłych w dziewiętnastu krajach Unii, w latach 2008-2009. I choć Brytyjki zajęły w tym rankingu niechlubne pierwsze miejsce (jedna czwarta brytyjskich kobiet cierpi na otyłość!), Polki znalazły się niestety w pierwszej dziesiątce.

Idzie złe.  

Za Brytyjkami w rankingu znalazły się Maltanki, Litwinki i Estonki, za nimi Węgierki, Czeszki, Greczynki i Słowenki. No i my. Kobiecą dziesiątkę zamykają Słowaczki. O dziwo, we Włoszech, kraju słynącym z wyśmienitej pizzy i makaronów, otyłych jest zaledwie 9% kobiet (w Polsce 15,7%)!

W przypadku panów wcale nie jest lepiej. Gdy pewnego razu pisałam, że Polacy to niechluje, spadły na mnie gromy. Okazuje się, że niesłusznie, bo Polacy w zestawieniu najbardziej otyłych Europejczyków zajmują szóste miejsce (17% otyłych). Prym wiodą Maltańczycy.

  Eurostat podzielił kobiety i mężczyzn na cztery grupy wiekowe (18-24, 25-44, 45-64, 65-74).

Jak procentowo rozkładają się te wyniki?

Jeśli chodzi o kobiety:
- 18-24 – 2.1%
- 25-44 – 7.5%
- 45-64 – 22.9%
- 65-74 – 27.6%

W przypadku mężczyzn:
- 18-24 – 4.1%
- 25-44 – 14.4%
- 45-64 – 23.6%
- 65-74 – 24.6%

Łatwo można zauważyć, że wśród kobiet, liczba otyłych w przedziale wiekowym 25-44 zwiększa się o ponad trzy razy w stosunku do poprzedniego przedziału! A mówiłam, że po ślubie waga idzie w górę, bo się paniom starać nie chce? (Mam chłopa, w suknię weszłam, to teraz mogę żreć) Dowód jest? Jak byk! Ale nie tylko panie tyją. Mężczyźni o dziwo, największy skok procentowy notują prawie po równo w przedziałach 25-44 i 45-64.

Jest również zeczą wartą zauważenia, że najmniejszy procent osób otyłych notują obywatele Rumunii (kobiety 8%, mężczyźni 7,6%). 

Jaki z tego wniosek? Ano taki, że tyjemy. Ameryki nikt nie odkrył, bo wystarczy wyjść na ulicę i przekonać się samemu, że ilość  przewalającego się wokół sadełka rośnie. Do kosza należy wsadzić mit o otyłych Włochach – wyniki mówią same za siebie. Włosi jedzą makarony, pizzę, piją olbrzymie ilości wina... i procent otyłych jest u nich niemal najniższy! Dlaczego? Bo we Włoszech je się również warzywa, co u nas wciąż niestety często traktowane jest jak kara boska za grzechy (A ja to co, królik, żeby zieleninę jeść?). Eksperci mówią, że przyczyną takich, a nie innych wyników, jest niesprzyjająca sytuacja finansowa i mniejsza zasobność portfeli Europejczyków. Że zdrową żywność zastępują oni mocno przetworzoną, w której aż roi się od węglowodanów i tłuszczu. Eksperci ekspertami, a ja mówię tak:

JESTEŚMY LENIWI. Nie wkładamy za grosz wysiłku w przygotowanie zdrowych posiłków. Bo wydaje nam się, że mniejszej ilości energii wymaga od nas pójście do KFC, lub kupienie mrożonej pizzy, niż przygotowanie pełnowartościowego posiłku. JESTEŚMY LENIWI. Nie ruszamy się, a naszym jedynym wysiłkiem fizycznym jest podniesienie tyłka z sofy, żeby podreptać do kuchni. JESTEŚMY LENIWI. Nie uczymy naszych dzieci zdrowego odżywiania i spełniamy wszystkie ich zachcianki. Bo w telewizji reklamują soczki, jogurciki i batoniki – a wszystko to cukier, cukier i jeszcze raz cukier! JESTEŚMY LENIWI. I NIEWYDUKOWANI. Bo nie mamy pojęcia o tym, co jest zdrowe, a co nie, za co nasz organizm będzie nam wdzięczny, a za co się na nas obrazi. Co więcej – NIE CHCEMY TEGO WIEDZIEĆ! Nie próbujemy nawet myśleć o tym, jak wielką krzywdę robimy samym sobie. I będzie, niestety, jeszcze gorzej.


A to odchodzi w niepamięć...


czwartek, 19 maja 2011

142. węglowodany nie tuczą!

Planowałam napisać o czymś zupełnie innym, zupełnie nie związanym z tym, co poniżej. Ale gdy jak każdego ranka odpaliłam Onet i trafiłam na ten (odrobinę) szokujący tytuł, w jednej sekundzie zmieniłam swoje plany.


Ten, w pewnym sensie, niezwykły tytuł przyciągnął mnie niczym magnes. Najpierw wsadziłam sobie do ust łyżkę owsianki z truskawkami i porzeczkami (kupiłam wczoraj mrożone! :P), później ochłonęłam i zaczęłam czytać. Oto, co ujrzałam:


Zapomnijmy o diecie Atkinsa. Naukowcy przekonują, że węglowodany są bardzo przydatne w diecie i mogą przyczynić się do utraty wagi. Najnowsza dietetyczna książka "The Carb Lover's Diet" ("Dieta dla miłośników węglowodanów") zapewne przyniesie ulgę miłośnikom chleba, makaronów i pizzy. Specjaliści przekonują, że węglowodany są niezbędnym składnikiem w diecie zapewniającej zgrabną sylwetkę. Książka łamiąca wszelkie dietetyczne zakazy, w zaledwie pół roku stała się bestsellerem w Stanach.


Cóż, Ameryki ci specjaliści nie odkryli. Nie od dziś wiadomo, że aby zachować zdrowie i ładną sylwetkę, należy sobie dostarczać wszystkich składników w odpowiednich proporcjach: nie tylko białka i tłuszczu, ale i tych strasznych węglowodanów z wielkimi zębami i długimi, ostrymi pazurami, które tylko czekają, byśmy wzięli je do ust, by mogły zacząć siać spustoszenie w naszym ciele i osadzić się gdzieś w biodrach albo na udach.

Węglowodany powracają do łask w dużej mierze dzięki tzw. "skrobi opornej", która nie poddaje się działaniu enzymów trawiennych i nie rozkłada się do postaci glukozy. To powoduje, że nie jest ona wchłaniana w jelicie cienkim, tylko przechodzi do jelita grubego, gdzie ulega fermentacji z udziałem mikroflory jelitowej. W efekcie powstają krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe, które biorą udział w metabolizmie organizmu i działają podobnie jak błonnik. Skrobia oporna wypełnia przewód pokarmowy w większym stopniu niż zwykła skrobia. Efektem tego jest mniejszy przyrost masy ciała, a zwłaszcza tkanki tłuszczowej. Autorzy najnowszej, dietetycznej książki donoszą, że skrobia odporna znajduje się w produktach bogatych w węglowodany, takich jak banany, płatki owsiane, brązowy ryż i ziemniaki. Spożywanie tych produktów przyczynia się do tłumienia apetytu, wzmaga metabolizm, poprawia nastrój, obniża poziom stresu i przyspiesza utratę wagi. Swoje tezy naukowcy z University of Colorado Centre for Human Nutrition w Denver potwierdzają badaniami przeprowadzonymi na 4451 chętnych. Eksperyment wykazał, że najszczuplejsze osoby spożywały duże ilości węglowodanów w postaci całych ziaren, owoców i warzyw. Jeśli popularność nowej książki i teorii o zbawiennym wpływie węglowodanów na ciało, przełoży się na popularność nowego sposobu odżywiania wielu ludzi, przyćmi to popularne w ostatnich miesiącach diety oparte na proteinach.

- Jedząc zgodnie z zasadami diety niskowęglowodanowej i bogatej w proteiny, oczywiście tracisz na wadze. Należy jednak pamiętać, że jest to niezdrowe. Poza tym nie jest to długotrwałe rozwiązanie - wyjaśnia Elisabeth Weichselbaum z British Nutrition Foundation. Specjaliści przekonują, że dieta opisana w książce może przyczynić się do utraty wagi, pod jednym warunkiem. Nie stanie się wymówką do spożywania nieograniczonej ilości makaronów i pizzy.


Choć pierwszy raz przeczytałam o czymś takim jak SKROBIA OPORNA, pewnie nie wzięło się to z kosmosu. Wklepałam ów termin w Google, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej. Z TEJ strony dowiedziałam się, że skrobia dzieli się na trzy grupy:


1) skrobia szybko przyswajalna, czyli taka, która jest trawiona w ciągu 20 minut. Najlepszy przykład to gorące puree ziemniaczane;

2) powoli strawna skrobia, która jest trawiona od 20 do 100 minut. Przykład: skrobia z całych ziaren pszenicy;

3) skrobia oporna, która nie jest trawiona, lecz poddawana fermentacji w jelicie grubym.

Najbardziej kaloryczne są dania spożywane bezpośrednio po obróbce termicznej, gdyż gotowanie np. ziemniaków powoduje „skleikowanie" w nich skrobi, a co za tym idzie - całkowite jej strawienie. Jeśli natomiast takie danie schłodzimy, to zajdzie proces, w wyniku którego skrobia przybierze postać krystaliczną, która jest odporna na trawienie, co automatycznie obniży wartość kaloryczną produktu. Zatem skrobia taka pełni rolę zbliżoną do roli błonnika pokarmowego - spożywanie jej powoduje obniżenie poziomu glukozy we krwi i zmniejszenie zapotrzebowania na niezbędną do jej metabolizowania insulinę. Skrobia oporna wypełnia przewód pokarmowy w większym stopniu niż zwykła skrobia. Efektem tego jest mniejszy przyrost ciała, a zwłaszcza tkanki tłuszczowej. Przeprowadzone do tej pory badania wykazały, że u osób, w których diecie około 5 procent  węglowodanów pochodzi z produktów o wysokiej zawartości skrobi opornej spalanie tkanki tłuszczowej wzrosło (wykorzystanie tłuszczu jako paliwa zamiast węglowodanów) o 23 procent. Zaleca się, by w diecie znalazło się jej ok. 20 g na dobę.

Przykładowe produkty z zawartością skrobi opornej to:

- ugotowane i, co najważniejsze, schłodzone - ryż (0,5 szklanki brązowego ryżu - 1,7 g, 0,5 szklanki białego ryżu - 0,9 g), ziemniaki (1 średnio - 1,3 g) i makaron  (1 filiżanka - 1,9 g);  

- niedojrzałe owoce; 

- gotowana soczewica (0,5 filiżanki - 2,5 g), fasola (0,5 filiżanki - 2,4 g), płatki owsiane (0,5 filiżanki - 0,7 g); 

- pieczywo, koniecznie pełnoziarniste (1 kromka- 0,25 g);

- pełnoziarniste produkty zbożowe,  nasiona i orzechy, np. żyto, pszenica, kasza manna, siemię lniane.


Hmm... jest to interesujące i prawdę mówiąc szalenie mnie zaskoczyło. Choć nie lubię na blogu popełniać artykułów opierających się na cudownych prawdach objawionych amerykańskich naukowców (brzmi to dla mnie jak totalny oksymoron, serio), takie informacje są bardzo przydatne. Po pierwsze mogą dać do myślenia zakochanym w białkach ludziom, którzy na słowo WĘGLOWODANY reagują wręcz alergicznie, po drugie, mogą nieco uspokoić tych, którzy choć węglowodany spożywają, obawiają się ich.
Można wiele razy próbować uświadomić ludziom, że węgle nie są trucizną i nie zabiją nas w chwili, gdy wsadzimy je do ust. Jesteśmy trochę jak owce biegnące za stadem. Pojawi się obłędnie skuteczna dieta eliminująca którykolwiek z niezbędnych nam składników i święcie wierzymy w jej zasady, które wydaję się nam jedynymi słusznymi. Najważniejsza w naturze jest RÓWNOWAGA (hah, przyszły mi na myśl Pamiętniki Wampirów). A równowaga w odżywianiu to łączenie WSZYSTKICH składników w odpowiednich ilościach. 

czwartek, 14 kwietnia 2011

133. Uważam Rze Dukan...

     Dopiero wczoraj skończyłam czytać ubiegłotygodniowy numer Uważam Rze. Zamieszczono tam całkiem ciekawy artykuł Dietetycy kontra dukaniści autorstwa Izabeli Filc Redlińskiej. Ponieważ wiem, że nie każdy lubi kupować tygodniki w dużej mierze traktujące o polityce, pozwolę sobie przytoczyć Wam niektóre fragmenty artykułu. 

     „Kate Middleton może znajdować się w niebezpieczeństwie – artykuły o podobnej wmowie pojawiły się pod koniec marca w brytyjskiej prasie. Chodzi o to, że wybranka księcia Williama, przyszła księżna, ponoć stosuje popularną dietę Dukana (...) Oliwy do ognia dodali dietetycy, którzy publicznie przypuścili atak na stosowany przez nią program odchudzający.
     - Jego przestrzeganie może być niebezpieczne – ostrzegła Tanya Zuckerbrot, dietetyczka z dyplomem Uniwersytetu Nowojorskiego, ekspertka często goszcząca w mediach. Jak dodała, ten sposób odżywiania się okryty jest złą sławą  wśród specjalistów.
     Dowód? Brytyjskie Towarzystwo Dietetyczne umieściło dietę Dukana na liście pięciu najgorszych jadłospisów 2011 roku. Podobnego zdania jest francuska agencja ANSES zajmująca się między innymi bezpieczeństwem żywności. Oceniła ona „menu” opracowane przez rodzimego lekarza jako źle zbilansowane i ryzykowne. Program żywieniowy oparty na produktach bogatych w białko (mięso, ryby, jaja), a ubogi w węglowodany (produkty mączne, makarony, ziemniaki) – a taki właśnie jest pomysł Dukana – nie służy wątrobie i nerkom oraz może sprzyjać rozwojowi raka jelita. 
     Specjaliści sobie, a dukaniści – jak nazywani są zwolennicy diety opracowanej przez 69-letniego dr. Pierre’a Dukana – sobie. Tylko we Francji sprzedało się 3,5 mln egzemplarzy jego pierwszej książki (została ona później przetłumaczona na 14 języków) (...).
     Któż jednak nie da się skusić obietnicom, jakie stoją za tą metodą odchudzania. Człowiek nie chodzi głodny, nie musi liczyć kalorii, nie wymaga się od niego większego wysiłku fizycznego (zaledwie 20 minut spaceru dziennie i unikanie jeżdżenia windą). W zamian za to szybko spada mu waga, a tę właściwą może utrzymać bardzo długo. Żyć nie umierać! (...)
     - To kolejny plan żywieniowy stworzony przez człowieka obdarzonego charyzmą, który składa wiele obietnic i ma swoich wyznawców, ale nie opiera się on na żadnych danych naukowych – komentuje Frank Sacks, profesor Departamentu Żywienia na Uniwersytecie  Harvarda. A jeśli już jakiekolwiek się pojawiają, to działają raczej na jego niekorzyść.
     Tak jak badania naukowców ze szkockiego Uniwersyytetu w Aberdeen, o których napisał „American Journal of Clinical Nutrition”. – Ustaliliśmy, że dlugoterminowe przestrzeganie tzw. diety protal, bogatej w białko, a ubogiej w węglowodany, może wiązać się z ryzykiem raka jelita – wyjaśnia dr Harry J. Flint. Naukowcy pracujący pod jego kierunkiem zauważyli, że u stosujących ją osób dochodzi do podwyższenia związków nitrozowych i innych metabolitów, których obecność wiąże się z rozwojem nowotworu. Jednocześnie następuje obniżenie stężenia pochodnych błonnika, które chronią przed tą chorobą. Co prawda badanie zostało przeprowadzone na małej grupie osób (17 mężczyzn), ale mimo to uczeni zalecają ostrożność w stosowaniu diety protal.”

     Poniżej tego artykułu zamieszczono również wywiad z panią Ewą Stachowską, kierownikiem Zakładu Biochemii i Żywienia Człowieka PUM w Szczecinie. Na pytanie, jaka może być cena stosowania diety, odpowiada ona: „Rozwój niewydolności wątroby i nerek. Stosowanie tej diety nadmiernie obciąża pracę tych narządów. Jest to skutkiem tego, że przestrzegając zasad żywieniowych Dukana, dostarczamy naszemu organizmowi nadmiernej ilości białka. Przyjmuje się, że zdrowy, dorosły człowiek powinien zjadać dziennie ok. 1 g protein na 1 kg masy ciała. W przypadku diety Dukana norma ta jest kilkakrotnie przekraczana. Z jednej strony wymusza to  na organizmie chudnięcie. Z druugiej, ciężar przerabiania nadmiaru białka spada na wątrobę, a na nerki wydalanie produktów jego rozpadu”.

     Ocenę i zastanowienie się nad informacjami zawartymi w artykule pozostawiam Wam. 

     Natomiast z innej beczki – odkryłam wyśmienitą zupę z ciecierzycy! Wkrótce przepis na nią ujrzy światło dzienne na blogu, ponieważ przepis na zupę jest tym, który zajął ostatnie miejsce w głosowaniu sprzed kilku tygodni. Zrobiłam również śledzie (<3 !!). Jedne w oleju (z majerankiem), drugie w śmietanie (z cebulą, kiszonym ogórkiem, białym i zielonym pieprzem oraz estragonem). Ponieważ zbliża się Wielkanoc, kupiłam je po okazyjnej, śmiesznie niskiej cenie. U mnie już wiosna, a jak u Was? ;)))


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...