Pokazywanie postów oznaczonych etykietą problemy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą problemy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 października 2012

O "zdrowej ściemie"


                Jak to zwykle bywa, przypadkiem trafiłam wczoraj na niezwykle interesujący artykuł dotyczący tzw. „zdrowej ściemy”. Artykuł pochodzi z magazynu społeczno-ekologicznego Organic (numer 5(8)2012), a znalazłam go na stronie internetowej organicmagazine.pl.

                Postanowiłam o nim wspomnieć ponieważ wiem, że wielu z Was prawdopodobnie na niego nie trafi, a jeśli mogę choć odrobinę pomóc w rozpowszechnianiu istotnych informacji, robię to chętnie i z przyjemnością. Link do całego artykułu zajdziecie poniżej, ja jednak skupię się na jednej z  kwestii w nim poruszonych.

                „Lubisie Śniadanko” – według reklamy pożywne, zdrowe śniadanie, idealne dla dziecka. Pewne każdy z Was widział tę reklamę, ale jeśli nie, wklejam:




                Zacytuję cały fragment dotyczący „Lubisiów Śniadanko”, pogrubiając co ciekawsze fragmenty:

                Strona internetowa produktu poszerza wiedzę na temat zdrowego śniadania według Lubisie Śniadanko. Czytamy: „Żeby maluch zaczął smacznie i pożywnie dzień, podaj mu Lubisia Śniadanko o jego ulubionym smaku z herbatką, a do tego mały jogurt naturalny i obraną ze skórki, podzieloną na cząstki mandarynkę. Z owocu usuń pestki, jeśli dziecko może samo sobie z nimi nie poradzić”. Wniosek pierwszy: ciasteczka są skierowane do małych dzieci. Warto przy okazji zwrócić uwagę na położony nacisk na mandarynkę. Wydawać by się mogło, że grupa docelowa, do której jest kierowany produkt, nie wie jak podać dziecku mandarynkę. Opis produktu, i tu kolejny cytat: „LU Petitki Lubisie Śniadanko to nowy i ciekawy pomysł na element śniadania i radosny poranek dla Twojego dziecka. Te miękkie ciasteczka biszkoptowe w kształcie misia są wypiekane z mąki pełnoziarnistej i wypełnione przepysznym nadzieniem z serkiem waniliowym. LU Petitki Lubisie Śniadanko nie zawierają żadnych konserwantów ani sztucznych barwników.” Wniosek drugi: ciasteczka są dodatkiem do śniadania (tylko dlaczego reklamowa mama podaje dziecku tylko Lubisia, bez owoców?) oraz są naturalne, w domyśle: zdrowe dla dzieci. Zobaczmy zatem skład produktu, z nadzieniem morelowym (składu nie znajdziemy na stronie internetowej): zboża 29% (mąka pszenna pełnoziarnista 15,5%, mąka pszenna 13,5%), syrop glukozowo-fruktozowy, olej roślinny, jaja, cukier, stabilizator (glicerol), mleko w proszku: odtłuszczone 2,2% i pełne 1,4% (ekwiwalent 34% mleka świeżego), emulgatory (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem mlekowym, estry kwasów tłuszczowych i glikolu propylenowego), ser twarogowy w proszku 1,1%, substancje spulchniające (difosforan disodowy, wodorowęglan sodu), maltodekstryna, glukoza, przecier morelowy w proszku 0,6%, sól 0,23%, regulator kwasowości (kwas mlekowy), kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, aromaty. Składniki odżywcze: w 100g: 6,1g białka, 56,5g węglowodanów, w tym 25,5g cukru, 14,5g tłuszczu, 2 g błonnika. W ciastku(45g): 2,7g białka, 25,5g węglowodanów, w tym 11,5g cukru, 6,5g tłuszczu, 0,9g błonnika. Kaloryczność: w 100g: 375 kcal, a w ciastku(45g): 169 kcal.

W ciastku znajduje się 15,5% pełnoziarnistej mąki wobec 13,5% zwykłej, białej mąki. Ta dwuprocentowa przewaga pełnoziarnistej mąki nad białą dała producentowi argument o skierowaniu do konsumentów informacji o ciastku wypiekanym z pełnoziarnistej mąki. Na drugim miejscu, pod względem ilości, znajduje się syrop glukozowo-fruktozowy, z którym obecnie walczą świadomi konsumenci w Stanach Zjednoczonych. Syrop ten jest otrzymywany z kukurydzy i zawiera wyłącznie cukry proste, głównie glukozę i fruktozę. Jest on chętniej wykorzystywany w produkcji ciastek czy słodzonych napoi niż biały cukier uzyskany z buraków, gdyż nie ulega krystalizacji. Syrop glukozowo-fruktozowy sprzyja tyciu i cukrzycy, gdyż zawarta w nim fruktoza jest w całości przetwarzana w organizmie człowieka na trójglicerydy i nastawia ciało na produkcję tkanki tłuszczowej, zwłaszcza gromadzącej się wokół narządów wewnętrznych. Co więcej, potęguje apetyt na słodycze. Na dalszej pozycji w składzie Lubisiów znajduje się „pyszny” serek, w praktyce 1,1% sera twarogowego w proszku oraz jego smak, przecier morelowy w proszku 0,6%. W jednym ciastku znajdują się prawie trzy łyżeczki cukru. Wniosek trzeci: to, że produkt nie zawiera konserwantów ani sztucznych barwników, nie oznacza, że nie zawiera w składzie niezdrowych niespodzianek. Wniosek czwarty: w reklamie został podany wybrany skład produktu, atrakcyjny dla konsumenta.

                Dlaczego o tym piszę? Po pierwsze dlatego, że serce mi się kroi, gdy widzę dzieci karmione przez rodziców produktami znanymi z reklam. Jogurty pomagające w rozwoju kości, Nutella na śniadanie, słodzone soki, batony… Dobrze wiecie, że ludzie nie zwykli czytać składu produktów, które wkładają do swoich koszyków. Rozglądam się, gdy robię zakupy i widzę matki z dziećmi, które wrzucają do wózka wszystko, jak leci. Dziecko płacze? Grymasi? W porządku, hop, do rączki wędruje batonik. Ktoś powie, że pozbawianie dziecka tego, co widzi w reklamach, czyni go gorszym od innych dzieci. Ktoś inny powie nawet, że to świadome znęcanie się nad dzieckiem. Doprawdy? Lepiej więc dbać o zdrowie dziecka, czy o to, by ktoś przypadkiem nie pomyślał, iż jesteśmy skąpi, lub że źle wychowujemy naszego malucha? Piszę o tym także dlatego, że w maju sama będę mamą (Aaaaaaaaaa! :DDD). Mam nadzieję, że mój zdrowy rozsądek nie pozwoli mi na to, by złamać się pod wpływem płaczu i grymasów dziecka. Nie po to w końcu walczę o zdrowe odżywianie moich najbliższych, by robić wyjątek dla dziecka tylko dlatego, że jest dzieckiem i brak mu odporności na treści płynące z reklam.  

LINK DO ARTYKUŁU: KLIK

A na dokładkę, do mojego "macierzyńskiego pitu pitu" :) - www.matulu-matulu.blogspot.com

wtorek, 9 października 2012

Otyłość w telewizji


                Oglądacie kanał TLC? Pytam, bo na TLC obejrzeć można program zatytułowany Łowcy promocji, opowiadający o mieszkańcach Stanów Zjednoczonych, którzy zajmują się zbieraniem kuponów zniżkowych na zakupy. Dzięki owym kuponom, za artykuły warte kilkaset dolarów udaje im się zapłacić zaledwie od kilku do kilkudziesięciu dolarów. Tym, co uderzyło mnie najmocniej podczas oglądania tego programu (a oglądam na szczęście rzadko, raczej przypadkowo), a czego na początku NIE ZAUWAŻYŁAM, jest to, że pokazywanych jest tam mnóstwo OTYŁYCH LUDZI. Nie ludzi z nadwagą, nie ludzi mający tu i ówdzie odrobinę za dużo tłuszczu, tylko po prostu otyłych.

zdjęcie z filmu Fat Albert
                Chcę, żebyście mnie dobrze zrozumieli. Nie mam nic przeciwko pokazywaniu otyłych ludzi w telewizji. Człowiek to człowiek i dopóki ktoś chorobliwie gruby nie próbuje wmówić innym, że jest szczęśliwy  pomimo tego, że waży sto pięćdziesiąt kilogramów, a jedynym pokarmem jaki uznaje, są fast foody, nie czepiam się. Ale gdy włączam program kręcony w Stanach, „królestwie ludzi grubych”* i widzę otyłe osoby, ogarnięte szałem gromadzenia żywności, kupujące po kilkadziesiąt paczek ciastek, gotowych dań, chipsów i innych śmieciowych produktów, robi mi się słabo. I niedobrze. Jakiś czas temu, w którymś z odcinków programu doszło do sytuacji, w której bohaterka owego odcinka napotkała przy kasie problem ze swoimi zniżkowymi kuponami. Do rozwiązania problemu wezwany został kierownik. Uwierzcie mi, przeżyłam szok. Zarówno bohaterka, jak i obsługująca ją kasjerka oraz kierownik byli OTYLI. Naprawdę, naprawdę otyli i nie mogli się zmieścić wokół jednej kasy. Popatrzcie czasami na drugi plan, a zauważycie, jak faktycznie wygląda amerykańskie społeczeństwo. Im częściej zwracam na to uwagę, tym bardziej rzuca się to w oczy.

zdjęcie z filmu Phat Girlz

                Inaczej sprawa ma się z serialami, czy filmami. Zauważcie, że trudno dostrzec tam choćby gram nadwagi. Przerzucam w myślach kolejne oglądane przeze mnie seriale. True Blood, Sons of Anarchy, Supernatural, American Horror Story, Vampire Diaries, Dexter, The Walking Dead, Falling SkiesSeriale pokazują otyłych niezwykle rzadko. Na palcach zaledwie jednej ręki mogę wymienić bohaterów, którzy faktycznie ważą za dużo. Otyłość źle wygląda w telewizji, na otyłość źle się patrzy, jest nieestetyczna. Produkcje filmowe ukazują grubych w prześmiewczy sposób. Gruby i chudszy, Gruby Albert, Grubasy, Płytki facet… nawet Phat Girlz. A może właśnie jest na odwrót? Jak myślicie?

zdjęcie z filmu Gruby i chudszy

                W kraju, w którym ponad 60% ludzi cierpi na nadwagę lub otyłość, te problemy się marginalizuje, udaje się, że nie istnieją. To, co widzimy na dużym ekranie, nijak ma się do faktycznej sytuacji społeczeństwa. Jakie jest Wasze zdanie? Czy w polskich filmach i serialach jest podobnie?

 * Przed chwilą znalazłam informację, że w Meksyku aż 70% mieszkańców kraju waży zbyt dużo! To już więcej, niż w USA.  

wtorek, 4 września 2012

Polskie jedenastolatki są najgrubsze w Europie


ozzienews.com
                Początek roku szkolnego skłonił mnie do refleksji. Gdy wczoraj spacerowałam z psem, w oczy rzuciła mi się dziewczynka wracająca chyba z rozpoczęcia roku, na oko jedenastoletnia. Z widoczną nadwagą… i lodem w ręce. Przypominała mnie samą sprzed lat, a ja pomyślałam, że naprawdę źle się dzieje. Nie jest to niestety tylko moja obserwacja – raport sieci badawczej Health Behaviour in School-aged Children ogłoszony w maju mówi, że polskie nastolatki należą do najgrubszych w Europie. Co więcej, co trzeci polski jedenastolatek ma nadwagę!  

beyondbigbones.co.pl
                I powiedzcie mi, proszę – czyja to wina? Bo chyba nie każdy z tych 30% nastolatków jest CHORY? To, że polskie nastolatki mają nadwagę, jest wyłącznie winą ich rodziców, czasami dziadków. Gdy pisałam o tym kilkanaście miesięcy temu i Onet polecił mój post na stronie głównej, spadły na mnie gromy. Że gówno wiem, że nie mam prawa się wypowiadać, że bredzę. Ale statystyki nie kłamią, ulice tym bardziej. Polskie nastolatki SĄ GRUBE. Wystarczy wejść do pierwszej lepszej podstawówki i rozejrzeć się wokół. Wystarczy zerknąć na asortyment proponowany przez szkolne sklepiki. Ze swoich szkolnych czasów pamiętam słodkie szyszki z dmuchanego ryżu, stosy chrupek i chipsów, batony, słodkie bułki i gazowane napoje. O ile się nie mylę, pojawiały się tam od czasu do czasu zwykłe bułki z sałatą, szynką i warzywami, ale ich cena przekraczała równowartość dwóch paczek chipsów – totalne nieporozumienie. Wystarczy zresztą popatrzeć na dzieci na ulicach, gdy wracają z plecakami ze szkoły. Lody, cukierki, batony, chrupki – one naprawdę jedzą to bez przerwy. I teraz zastanawiam się, jak wiele z tych dzieciaków wyniosło te zwyczaje z domu? Jak wiele z nich zostało nauczonych zdrowego odżywiania? Czy jedzą pomidory? Ryby? Kasze? A może serwuje się im na obiad pizzę, spaghetti i kluchy, a w weekend zabiera do McDonaldsa lub KFC? Czy uczy się je zamiłowania do wysiłku fizycznego? Chodzi się z nimi na spacery, czy może na sobotnio-niedzielną przechadzkę do galerii handlowej?   


96.blog.com


                Pozwolę sobie zamieścić Wam to, co pod przedostatnim wpisem w komentarzu zacytowała moja ulubiona Charlie: 

"W przedszkolu, w którym pracuję, przeprowadzono jakiś czas temu akcję "Zdrowy przedszkolak". Polega on na tym, że:
 1. Następuje wprowadzenie do diety dzieci produktów pełnowartościowych, ciemnego pieczywa, zbilansowanej ilości warzyw i owoców, nie używamy żadnych sztucznych dodatków smakowych (w tym kostki rosołowe, ziarenka smaku), jogurty lub ciastka które dzieci dostają są robione na miejscu, podobnie jak soki, czy drobne przekąski. Itp, itd.
 2. Każdego dnia w przedszkolu dzieci uczestniczą w lekkich ćwiczeniach ruchowych, dostosowanych do wieku i możliwości dzieci.
 3. Nie podajemy dzieciom gazowanych napoi, kofeiny, syropów owocowych kupnych, lizaków, cukierków i innych słodyczy z dużą zawartością cukru, w zamian oferujemy duży wybór owoców i przekąsek słodkich i wytrawnych, przygotowywanych w przedszkolnej kuchni lub zakupionych w zaufanych sklepach z żywnością zdrową.
 4. Nie podajemy produktów modyfikowanych.
 I kilkanaście innych punktów.

Gdybym miała dziecko, naprawdę ucieszyłabym się, że mój skarb nie dostaje śmieciowego jedzenia. W dobie siedzenia przy komputerze i zażerania się fast foodami, coraz więcej dzieci już w wieku przedszkolnym ma nadwagę, czy nawet problemy zdrowotne spowodowane otyłością. Więc taka akcja mająca na celu zdrowe odżywianie i wypracowywanie zdrowych nawyków żywieniowych u dziecka, to super sprawa, nie? No, nie...
Od następnego miesiąca, kiedy przedszkole znów będzie otwarte, wchodzi program zdrowego żywienia. Znaczy to, że jeszcze nie zaczął się nawet jeden dzień pod patronatem akcji, a już mieliśmy zażalenie. Przyszła do nas Pani Matka. Tak, z dużych liter, to bardzo ważny tytuł. Pani Matka jest matką dziecka ze sporą nadwagą, wywołaną przez dziwny zwyczaj mamusi, wożącej czteroletnie dziecko w wózku na każdym dłuższym spacerze. Dziewczynka dostaje też do jedzenia ogromne porcje kanapek, smażonego kurczaka, sera w panierce itp., które matka pakuje jej do przedszkolnego plecaczka. Przypominam, że w przedszkolu mamy śniadania, obiady i podwieczorek, więc dokarmianie dziecka jest zbędne. Na początku, gdy jako trzylatka trafiła do nas, dziewczynka nie chciała w ogóle chodzić. Przekonałyśmy ją jednak do spacerów, a jej matkę, że córce nie grozi śmierć głodowa jeśli nie zapakuje jej do przedszkola kilograma mięsa i słodyczy. Mała powiedziała nawet, że bardzo jej smakuje to, co dostaje w przedszkolu -więc mały sukces. Niestety, za mały, bo matka zawsze czeka na córeczkę z zestawem z Happy Meal'a. Dzisiaj Pani Matka odwiedziła moje skromne progi, z miną męczennicy. I wyłożyła, co ją w duszę bodło:
 - Pani, zrozum mnie. Moje dziecko maleje w oczach! Jeść już nie chce tak jak wcześniej, buntuje się, a ja jej same frykasy gotuję. Nie ruszy. Weźcie, nie możecie tak!
 - Ale o co pani chodzi? - pytam.
 - Bo wy jakieś dziwactwa gotujecie, nie można tak! Ja wiem, że wy myślicie, że to dobrze dla dziecka, ale to kłamstwa, bo oni chcą pieniędzy! (do teraz nie wiem kto). Dziecko musi być pulchne, a nie jakiś szkieletor.
 - Program zakłada walkę z nadwagą u dzieci, a nie głodzenie ich, proszę pani. Dzieci będą dostawać pełnowartościowe jedzenie, bez sztucznych...
 - Słuchaj!!! - wrzasnęła kobieta, nadymając się jak najeżka - Nie chcę, żeby moje dziecko jadło jakieś GÓWNO!
 - No to bardzo mi przykro, nie odpowiadam za to, czym je pani karmi.
 - Co?!
 - Jeżeli ma pani jakieś zażalenia, proszę wysłać je na adres przedszkola. Do widzenia.
 - Ale ona lubi kotleciki! Ma jeść schabowego, to jest zdrowe dla dzieci, nie rozumiesz? Studiowałam dietologię!
 - Świetnie. Do widzenia.
I zatrzasnęłam drzwi. Argumenty nauk dietologii mogłyby okazać się dla mnie... niestrawne."


Nie wiem, czy ten tekst obrazuje rzeczywistą sytuację. To nieistotne. Faktem jest, że takie Panie Mamy są wśród nas.




opinia wdm1: 

Dziwne, że postęp techniczny i wszelkie możliwości, które on nam daje, obracamy sami przeciwko sobie. Nie posiadając kilkudziesięciu kanałów w telewizji, gier komputerowych, komputerów, internetu, dzieci szukały aktywnej rozrywki i całymi dniami biegały na świeżym powietrzu. Ruszały się i przez zabawę czasami nawet nie pamiętały o jedzeniu. Kiedy mamy dostęp do technologii, zatracamy się w niej i zamiast w odpowiedni sposób czerpać z niej korzyści i wiedzę, najzwyczajniej w świecie "obżeramy się nią", co w konsekwencji nas niszczy. To paradoksalne, że w czasach, gdy na okrągło trąbi się o zdrowym żywieniu, coraz bardziej tyjemy, a nasze dzieci wraz z nami. Trudno powiedzieć, czy jest to wina innych, czy tak, jak to w jedzeniu bywa, wszystko zależy od każdego z osobna. 




wtorek, 24 lipca 2012

Fenomen pań G.

                Od dłuższego czasu z coraz większym przerażeniem w oczach obserwuję fenomen „popularności” (w cudzysłowie, bo to rzecz dyskusyjna) Marty Grycan i jej córek. Oto w momencie, gdy cały świat walczy z nadwagą i otyłością, zbierającymi swe żniwo z prędkością światła, pojawiają się ONE, a Marta Grycan twierdzi, że problem nie tkwi w rozmiarze, tylko w głowach ludzi. Ja nie promuję otyłości, ale kobiece kształty.  (…) Moi rodzice dali mi dużo miłości. Pokazali, że wystarczy zaakceptować siebie. A potem? Można sięgnąć chmur.[1] Akceptacja akceptacją, ale ludzie głupi i ślepi nie są (przynajmniej nie wszyscy) i jeśli widzą, że ktoś serwuje im teorie śmierdzące jak zgniłe jajo, ładne słowa i opakowanie nie wystarczą.

                Ja myślę, że problemy mają właśnie ludzie szczupli. Ja nie kojarzę ludzi, którzy kochają życie, którzy kochają jeść i którzy dokuczają tym, którzy są szczupli. Oni są na wiecznej diecie i są wiecznie nieszczęśliwi.  Najważniejsze według mnie, to siebie akceptować. Bo jak człowiek akceptuje samego siebie, jest szczęśliwy sam ze sobą, to wtedy całe otoczenie patrzy na niego inaczej i też go akceptuje[2].


źródło: se.pl
                Halo, tu Ziemia! Kto jest nieszczęśliwy? Zdrowy, sprawny fizycznie człowiek BEZ nadwagi? ? A może szczupli ludzie po prostu nie lubią jeść? No błagam… Ktoś tu żyje w diamentowej rzeczywistości i lubuje się w głoszeniu niewiele wartych sloganów. Otyłość, ani nawet nadwaga – NIE SĄ DOBRE. Rozpaczliwe próby utwierdzenia ludzi w przekonaniu, że to nic, że ledwo mieszczę się w ciuchy i dyszę po wejściu na drugie piętro, jestem szczęśliwy!, nie są smutne, tylko skrajnie żenujące. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek cieszyła się z tego, że ważę sto kilogramów. Nawet nie przyszłoby mi do głowy, by móc przekonywać ludzi, że właśnie tak jest, a moja otyłość to po prostu naturalny efekt umiłowania jedzenia. Każdy człowiek, który posiada choćby minimalną wiedzę, ma świadomość, że otyłość nie bierze się z powietrza. Jeśli tego nie wie… cóż, coś jest z nim nie tak.

                W żadnym razie nie twierdzę, że otyłych nie należy pokazywać w telewizji, że trzeba zamknąć ich w gettach i zmusić do przymusowej diety, absolutnie nie. Ale jako ktoś, kto był przeraźliwie gruby i wie, jakie schorzenia i niedogodności się z tym wiążą, czuję się w obowiązku namawiać do tego, by z nadwagą i otyłością walczyć. Nigdy, przenigdy z moich ust nie padło i nie padnie stwierdzenie, że człowiek gruby to człowiek szczęśliwy i że otyłość jest czymś, co powinniśmy traktować równie naturalnie jak odmienny kolor włosów. Obecność Grycanek w mediach i ich „złote myśli”, budzą prawdopodobnie więcej politowania, niż zrozumienia.  







                Jakie jest wasze zdanie na ten temat?  



[1] http://nocoty.pl/title,Marta-Grycan-Nie-promuje-otylosci,wid,14230969,wiadomosc.html?ticaid=6edc8
[2] http://www.zeberka.pl/art.php?id=16140

czwartek, 19 lipca 2012

Słynna kołobrzeska smażalnia, czyli o tym, dlaczego fast food nigdy nikomu nie wyjdzie na dobre

            Dudnią i dudnią, a mnie coraz bardziej wierzyć się nie chce. W tę kołobrzeską smażalnię, o której w telewizji mówią, że „odświeżano” w niej surówki i używano spleśniałego sera. Może nawet nie tyle, że nie wierzę, bo to dla mnie żadna nowość. Wierzyć mi się nie chce w to, że turyści na wakacjach na te fast foody i „smażeniznę” wciąż rzucają się, jak szczerbaty na suchary. I to nie ci, którzy na pierwszy rzut oka wyglądają na dbających o sylwetkę, o nie. Mówię o tych, którzy wyglądają, jakby fast foodów nie powinni nawet wąchać, a co dopiero pakować je do swych ust. Jestem niesprawiedliwa? Dlaczego? Dlatego, że mówię na głos to, o czym i tak powszechnie wiadomo? Tak, mówię. I mówić będę. Co więcej, to nie jest mój pierwszy raz.

            Ostatnio dostałam maila. Od pani, która prosiła mnie o radę, w jaki sposób ma sobie poradzić z jedzeniem, gdy pojedzie z dziećmi nad morze. Coś w stylu: Wiesz, Limonko, wszędzie przecież lody, gofry, smażone ryby, frytki, zapiekanki, trudno się oprzeć! Trudno? TRUDNO? Na litość boską, trudno? Jak w takim razie miliony ludzi w Polsce radzą sobie na co dzień? Wakacje to kulinarna dyspensa? Klapki na oczach, jak u konia? Ktoś komuś ręce wykręca i mówi: „żryj!”? Bo przecież kusi… ktoś by powiedział. Bo przecież wakacje… Kusi? Wakacje? Naprawdę? Kogo nie kusi, ręka w górę!

            Przecież to wszystko mi się NIE ŚNI. Bywam na plaży, raz w tygodniu średnio. I WIDZĘ, kto i co je. Obserwuję biedne, małe dzieci, z buziami usmarowanymi sosem z hamburgera, które nie potrafią sobie poradzić z ogromną, zbyt dużą jak na ich możliwości, bułką. Widzę słusznych rozmiarów mamusie i tatusiów z brzuszkiem, którzy chętnie dojadają to, czego ich dzieci nie miały siły zjeść. Widzę lejące się litrami słodkie, gazowane napoje i olbrzymie porcje panierowanej ryby (prawie zawsze kupionej uprzednio w hipermarkecie, rzadko świeżej, kupionej od rybaka) z tłustymi frytkami. To naprawdę aż taka frajda? Diabelskie kuszenie na deptaku i plaży, któremu trudno się oprzeć? Czy jedzenie tłustego, wysoko przetworzonego pożywienia jest aż tak przyjemne (i smaczne?!), że zrezygnowanie z niego to największa tragedia urlopu? A później się okazuje, jak wczoraj, że panie w smażalni ładują do hamburgerów spleśniały ser (ciekawe, w jakich warunkach i jak długo leżał, że zdążył spleśnieć...). Że „odświeżają” surówki. Że na urlopie nadzwyczaj często trafiają się ludziom zatrucia pokarmowe. Już nawet nie chce mi się wspominać o tym, jak bardzo niezdrowe i kaloryczne jest to gówniane jadło serwowane w obskurnych, nadmorskich budach.    

            Brakuje mi w Polsce takiego naszego, rodzimego Jamiego Olivera. Oliver w Wielkiej Brytanii ( i USA) już kilka lat temu rozpoczął walkę przeciwko karmieniu dzieci fast foodami i niezdrową żywnością – propaguje ekologiczną, zdrową kuchnię i możliwie najmniej przetworzone potrawy. Może gdyby i u nas więcej ludzi mówiło o tym, że śmieciowe żarcie jest w istocie ŚMIECIOWE, byłoby inaczej?  

wtorek, 22 maja 2012

Odchudzanie... niszczy życie?

                W upalny, słoneczny poranek, popijam kawę (obowiązkowo z mlekiem!) i zjadam ananasowy jogurt. Robię poranną „internetówkę” i znajduję temat idealnie nam pasujący.

                O kobiecie, której odchudzanie zniszczyło życie. Chwilę zastanawiam się nad tytułem, myśląc jednocześnie, że ktoś tu grzeszy słowem. Czytam artykuł, oglądam zdjęcia i wiem, że kobieta naprawdę nie wie, o czym mówi. Albo że najpierw zrobiła, a później pomyślała. Po fakcie. Za późno. Niestety.    

                Artykuł mówi bowiem o trzydziestojednoletniej kobiecie, Kelly Childs, matce trójki dzieci. Kelly ważyła ponad 152 kg i nie mieściła się w rozmiar mniejszy niż 28 (dla porównania angielski nr 15 to odpowiednik naszego 44). Marzyła o >>normalnym ciele<< i całkiem zwykłym życiu. Dziś jej waga nie przekracza 83 kg, a ubrania skurczyły się do rozmiaru 12 (europejski rozmiar 40), jednak Kelly Childs czuje się najbardziej nieszczęśliwą kobietą na świecie. 

- Moja pewność siebie, moje życie seksualne i towarzyskie legły w gruzach! - żali się. Powód? Pamiątka po dawnej wadze: ogrom wiszącej skóry, który zniekształca jej ciało, szczególnie brzuch i ramiona. - Akceptowałam siebie, gdy byłam >>duża<<, mało tego, czułam się wtedy naprawdę sexy! To, co się ze mną stało po odchudzaniu (Kelly poddała się zabiegowi zmniejszenia żołądka i nauczyła się zasad zdrowej racjonalnej diety) jest przerażające! Nigdy nie czułam się gorzej! Najgorsze, że tych fałd nie da się ukryć! Moje ciało przypomina masę stopionego wosku. Dlatego zanim zdecydujecie się na odchudzanie, przemyślcie to dobrze. Warto znać konsekwencje takiego wyboru - ostrzega.

                Wciąż nie wierzę w to, co czytam. No bo, jeśli kobieta czuła się seksownie będąc otyłą, po co się odchudzała? Czy nie miała świadomości, że otyłość zagraża jej zdrowiu i życiu? Czy operacja była zlecona przez lekarza, czy była decyzją Kelly? Pytania się mnożą.  

                Z tego, co już się dowiedziałam (czytając i rozmawiając z dziewczyną, która taką operację przeszła), po operacji zmniejszenia żołądka chudnie się bardzo szybko. To logiczne, skoro można jeść wówczas tylko bardzo niewielkie porcje (inaczej mogą wystąpić wymioty z „przejedzenia”). Wszystko oczywiście zależy od tego, JAKI zabieg był wykonany (TUTAJ kilka słów o rodzajach zabiegów). Tak czy siak, błyskawiczne chudnięcie z naprawdę potężnej otyłości grozi zwisającą skórą. Jeśli przy okazji unika się ćwiczeń fizycznych, można od razu zbierać na kolejną operację – tym razem plastyczną. 

                Po trzech latach od momentu rozpoczęcia odchudzania wiem jedno – nic nie działa tak dobrze, jak racjonalne żywienie i RUCH! Sama żałuję, naprawdę żałuję, że nie ćwiczyłam już od pierwszego dnia mojej diety, bo wówczas najprawdopodobniej mój brzuch i uda wyglądałyby lepiej. Jak więc wyglądała bohaterka artykułu przed operacją, a jak wygląda PO operacji zmniejszenia żołądka i schudnięciu? 
















źródło zdjęć: KLIK
źródło cytatów: KLIK

Co sądzicie na ten temat? Czy kobieta ma faktyczne powody do narzekań, czy po prostu wszystko jest efektem braku myślenia i niewiedzy?

czwartek, 1 marca 2012

Otyłość i partnerstwo

                Jestem świeżo  (tzn. średnio świeżo, bo od niedzieli, kiedy tę książkę skończyłam, przeczytałam już trzy inne) po lekturze nowej książki profesora Lwa-Starowicza, O mężczyźnie (recenzja tutaj – KLIK). Przyszło mi więc na myśl, żeby podzielić się z Wami moimi przemyśleniami dotyczącymi bycia w związku, gdzie jeden z partnerów ma TEN problem, który interesuje nas najmocniej. Chodzi mianowicie o nadwagę, lub otyłość. Pewien czas temu razem z Waldkiem poruszyliśmy mocno kontrowersyjny temat zaniedbywania się kobiet i mężczyzn po ślubie. Onet ów post polecił, skutkiem czego były spadające na nas gromy i lawina bzdurnych oskarżeń, choć żadne z nas nie napisało niczego, co byłoby kłamstwem. 

                Nie piszę o tym bez powodu – cały czas bowiem dostaję maile, w których wiele z Was skarży się na brak zrozumienia ze strony partnera, obraźliwe uwagi i uszczypliwe aluzje. Lecz niestety, choć forma tego pseudowsparcia i pseudomotywacji ze strony partnera jest absolutnie niedopuszczalna, to jednak nie bezpodstawna. Wyobraźcie sobie bowiem taką oto sytuację: poznajecie przystojnego, wysportowanego, dbającego o siebie mężczyznę. Inne kobiety spoglądają na Was z zazdrością, a Wy kroczycie dumnie u jego boku, ciesząc oko jego urodą (oraz wielu wspaniałymi cechami jego charakteru, jednak nie o tym teraz mowa). Mija rok, pięć lat, osiem, a wasz przystojny niegdyś mężczyzna powoli zamienia się w podtatusiałego, tyjącego niechluja. Gdzie się podział mój przystojny mąż? Czyżbym przestała mu się podobać? Czyżby przestało mu na mnie zależeć? Nie jest to niemożliwa, przejaskrawiona wizja. To sytuacja częsta, niemal powszechna. I dotyka równie często kobiety, jak i mężczyzn. Pozwolę sobie zacytować, co o zbliżonym problemie pisze Lew-Starowicz:


"Problem atrakcyjności fizycznej w domu jest bagatelizowany właśnie przez kobiety. Mówią: >>Jak mnie kocha, będzie mnie też kochał w brudnym podkoszulku<<. Otóż nie! (…) Naturalną koleją rzeczy jest, że w okresie tańca godowego eksponujemy swoje najmocniejsze strony i pokazujemy jak najładniejsze >>opakowanie<<. Tyle tylko, że ono nie może mieć jedynie odświętnego charakteru. Uważam, że podział na swobodne ubranie domowe (dresy i dziurawe skarpety) i elegancję na zewnątrz, uderza w dobro związku (…). Większa troska o wygląd na pokaz w porównaniu z tym, jak ona prezentuje się w domu, sprawia nieodparte wrażenie, że jej na partnerze już nie zależy. Ważniejsze jest bowiem wywieranie wrażenia na innych. Nasza atrakcyjność erotyczna wynika z umiejętności podobania się, budzenia podniecenia, i fakt, że mieszkamy razem wcale nas od tego nie zwalnia”. (s. 157-158)


                Zaniedbywanie siebie i swojego ciała zdaje się być przejawem lekceważenia własnego partnera. Powolne tycie w najlepsze nie sprawi, że będziemy się mu bardziej podobać (chyba, że trafiliśmy na fetyszystę otyłości, ale to już zupełnie inna sprawa). Wzajemny szacunek polega między innymi na tym, by stale zabiegać o swoją uwagę, starać się sobie podobać i być dla siebie atrakcyjnymi. Co natomiast ma pomyśleć mężczyzna, który poślubił zgrabną, piękną dziewczynę, a dziesięć lat później jest mężem otyłej baby z tłustymi włosami i piętnastocentymetrowymi odrostami, podczas gdy sam trzyma formę (lub odwrotnie)? Czyli że co? Staramy się, dopóki obiekt naszego pożądania nie wpadnie w nasze ręce, a później hulaj dusza – piekła nie ma? Błąd. Problem w tym, by to zrozumieć i starać się naprawić. Czasami jednak trudno jest robić to bez wsparcia ze strony partnera. Pomoc najbliższej nam osoby jest nieoceniona, pozwala nam na trwanie w postanowieniu, jest mobilizująca i dodaje sił do walki.

                Co jednak robić, gdy partner zamiast nam pomagać, okazuje się lubować w uszczypliwościach i „gasić” nasz zapał mówiąc, że i tak nam się nie uda? Wszystko zależy od relacji w związku. Wzajemne zrozumienie i mówienie otwarcie o swoich problemach, obawach i oczekiwaniach jest uzdrawiające i sprawia, że nawet trudne z pozoru rzeczy okazują się być mniej uciążliwymi. Problemy biorą się stąd, że zbyt mało rozmawiamy o rzeczach naprawdę istotnych. Jeśli narzekamy bez sensu na rzeczy, na które nie mamy wpływu, nasze dyskusje ograniczają się do tego, kto odwiezie dzieci do szkoły, lub że trzeba wybrać się po zakupy, taka rozmowa będzie trudna. Waldek i ja od samego początku jesteśmy dla siebie partnerami do każdej, nawet najtrudniejszej rozmowy. Wiecie już, w jaki sposób się poznaliśmy i że dzięki jego pomocy aktualnie wyglądam, jak wyglądam. Nie ma dla nas tematów zakazanych. Są  przyjemniejsze i te mniej przyjemne, łatwiejsze i trudniejsze, ale nigdy od tej rozmowy nie uciekamy. Staramy się dotrzeć do sedna problemu, dzielić swoim punktem widzenia i próbować dojść do wspólnych wniosków. Gdy chwilowo przestaję zwracać uwagę na ilości spożywanego przeze mnie pożywienia, on to widzi i zwraca mi na to uwagę. Niunia, ile ty już zjadłaś tych ciastek? A ja się zawstydzam, bo zjadłam już pięć i miałam ochotę na więcej, ale jednocześnie jestem zadowolona, że jest ktoś, kto tego nie lekceważy i nie pozwala mi na zapominanie się.

- I tak nie schudniesz;
- Upasłaś/eś się jak świnia;
- Wyglądasz fatalnie;
- Mogłabyś/mógłbyś się za siebie w końcu zabrać, bo się za ciebie wstydzę;

                Wypowiadanie takich zdań nie prowadzi do niczego dobrego. Można starać się mniej lub bardziej delikatnie uświadomić partnera, że oczekujemy od niego zrozumienia i wsparcia i absolutnie nie zgadzamy się na obrażanie nas w jakikolwiek sposób. Delikatne sugerowanie partnerowi, że ostatnio lekko się zaniedbuje, odniesie z pewnością lepszy efekt, niż mówienie walenie mu prosto w twarz nieprzyjemnymi zdaniami.

wtorek, 31 stycznia 2012

Dopóki spodnie są zbyt luźne...

                Gdy moja waga wskazywała sporo ponad sto kilogramów, największym problemem związanym z odzieżą był dla mnie zakup spodni (pomijam, że wciąż mam ten problem, bo ŻADNE spodnie nie leżą na mnie dobrze – zawsze są za małe, albo za duże, tu odstają, tam się wciskają w ciało itd., od dwóch lat nie znalazłam żadnych idealnie leżących). Szukanie ich w normalnych sieciówkach nie wchodziło w grę z prostego powodu – sieciówki zwykle nie produkują spodni w rozmiarze 52. Próbowałam więc inaczej. Biegałam po secondhandach, próbując znaleźć COKOLWIEK, co mogłoby wejść na mój olbrzymi, kwadratowy tyłek. Obojętny był mi fason, obojętny był mi kolor (byle ciemne!) – brałam to, co akurat znalazłam, wskutek czego wyglądałam tragicznie, często karykaturalnie, a już na pewno nigdy modnie. Gdy ma się pupę monstrualnych rozmiarów, grube uda i grube łydki, nie można wybrzydzać. Bierze się to, co jest. Wówczas ważne było dla mnie to, że W OGÓLE coś znalazłam. I o ile licealistka, czy studentka może coś wymyślić, to jako nieświadoma gimnazjalistka nie miałam pojęcia o żadnych innych opcjach i nosiłam spodnie męskie, w rozmiarze, który dla każdego normalnego mężczyzny jest zdecydowanie za duży. Wyglądałam fatalnie i wiele bym dała, żeby móc pokazać Wam zdjęcia z tamtego okresu.  

                Moja Mama mawiała wówczas, że kupuję spodnie z zapasem. Początkowo nie do końca wiedziałam, co ma na myśli, ale ona doskonale wiedziała, co dzieje się w mojej głowie. Bo kupowałam spodnie z luzem. Nigdy przylegające i leżące stosunkowo blisko ciała. Kupowałam takie, które miały w zapasie kilka centymetrów w pasie i w biodrach. Ten luz dawał mi możliwość dalszego tycia. Nie wiem już, czy było to świadome, czy nieświadome zachowanie, ale faktem jest, że nosząc odrobinę za duże spodnie, mogłam pozwolić sobie na tycie. Źle było, gdy spodnie zaczynały być ciasne. Gdy opinały mnie w udach i gdy ciało wylewało mi się znad paska. Ale dopóki były stosunkowo luźne, miałam poczucie bezpieczeństwa i włączał mi się w głowie komunikat – jednak nie jesteś AŻ TAK gruba.  

                Było to podejście zupełnie niezrozumiałe i przypuszczam, że w ten sposób po prostu sama siebie próbowałam okłamać, że JESZCZE jest w porządku. Dopóki wchodzę w TE konkretne spodnie, jest dobrze. Nieważne, że kilka innych par, w które się JUŻ nie mieściłam, leżało na dnie szafy. Jeżeli TE upatrzone przeze mnie (zwykle największe!) spodnie miały kilka centymetrów luzu, nie miałam się o co martwić. Z tego też względu, gdy korzystałam z usług krawcowej, zawsze prosiłam o to, by szyła spodnie ciut większe. Jej było wszystko jedno, mnie nie.

                A jak wyglądały Wasze perypetie z konkretną częścią garderoby? Mieliście podobne podejście? 


Wiadomości:

- Z radością ogłaszam, że Vivaldi obchodzi dziś urodziny!!! Przez pół dnia przygotowywałam wczoraj tort czekoladowy, który ma chyba osiem miliardów kalorii. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że po zimie wciąż mam do zrzucenia trzy kilogramy. Wydaje mi się, że czas położyć kres weekendowemu pieczeniu aż do Wielkanocy ;)))  Mieliśmy przedwczoraj dość długą dyskusję nt. kaloryczności alkoholu. W najbliższym czasie relacja, bo okazuje się, że może być ciekawie... ;)))
 

- Minęły już TRZY miesiące odkąd regularnie ćwiczę. NIE uznaję ŻADNYCH przerw. Jeśli wiem, że wrócę późno, ćwiczę rano. Jeśli rano nie mam czasu i do domu wracam późnym wieczorem, ćwiczę nawet wtedy i nie ma znaczenia, czy jest dwudziesta druga, czy druga nad ranem. Mam niesamowitą frajdę, gdy wyczuwam mocno wyćwiczone już mięśnie ud i pośladków. Poprawiły mi się nawet mięśnie brzucha. Jest jednak i rzecz niepokojąca. Nie zauważyłam poprawy jeśli chodzi o ilość zbędnej SKÓRY na brzuchu. Na nogach i na pośladkach owszem, jest lepiej, ale na brzuchu wciąż kiepsko. Czas na A6W, bo innego wyjścia nie widzę ;)   

sobota, 14 stycznia 2012

Im Polacy lepiej wykształceni, tym szczuplejsi

                Jedną z najbardziej zadziwiających informacji, jaką przeczytałam w ostatnich dniach była ta, że wraz ze wzrostem wykształcenia maleje procent otyłości w społeczeństwie. Zaskakujące? Co najmniej, zważywszy na fakt, że można byłoby połączyć to z zarobkami i na chłopski rozum wyniki powinny być zupełnie inne.

                Przejrzałam wyniki badań statystycznych Eurostatu, chcąc poznać, jak sprawa wygląda w przypadku naszego pięknego kraju, mlekiem i miodem płynącym, gdzie obywatele uśmiechają się od ucha do ucha i dziękują rządzącym za tę sielankę. Szczęka w dół, Mili moi! Dobrze, że chociaż nasi panowie trzymają się jako tako, bo kobiety pogrążają nas zupełnie.

                Eurostat podzielił kobiety i mężczyzn na krzy kategorie. Tych z wykształceniem najniższym, tych  z wykształceniem średnim i tych, którzy posiadają wykształcenie wyższe. AJ WAJ! Chciałoby się wpełznąć w mysią dziurę i przeczekać burzę. Boli w oczy, boli!
               
Polki – wykształcenie podstawowe – 24,8% otyłych
Polki – wykształcenie średnie – 15,4% otyłych
Polki – wykształcenie wyższe – 7,2% otyłych (otyłych Włoszek z wyższym wykształceniem jest 3,6%)

Polacy – wykształcenie podstawowe – 16,0% otyłych
Polacy – wykształcenie średnie – 18,1% otyłych
Polacy – wykształcenie wyższe – 15,0% otyłych
               
                Chwila na oddech? Wdech, wydech, wdech, wydech... Już? Co się więc – do jasnej anielki – dzieje? Zinterpretujmy to najprościej, jak się da. Teoretycznie rzecz biorąc, osoby z wykształceniem wyższym kształcą się po to, by móc zarabiać więcej. Mając więcej pieniędzy, mogą pozwolić sobie na lepszej jakości jedzenie. Powszechnie myśli się i mówi, że więcej jedzenia i więcej pieniędzy oznacza większą pupę (jak ostatnio lansowane celebrytki z pewnej popularnej w branży lordziarskiej rodziny). Bo bogaty, więc jak lodówę napełni, to chodzi i żre, bo przecież co się ma zmarnować. Uboższy z kolei, czyli według stereotypów ten, który ma wykształcenie podstawowe, je byle co, zapycha się ziemniakami i kluchami wszelkiej maści (bo najtańsze, a na lepsze go nie stać), więc tyje.  Tymczasem okazuje się, że niekoniecznie musi być tak, jak myślimy. 

                Przyczyna tego stanu rzeczy może leżeć w większej świadomości jedzenia wśród lepiej wykształconych. Ciężko jest mi w ogóle na sto procent stwierdzić, w jaki sposób wykształcenie miałoby miec wpływ na to, czy ktoś jest otyły, czy nie, ale fakty są faktami i koń jaki jest, każdy widzi, a wyniki jakie mamy, również. Zauważcie jednak, że tak dużą różnicę widać tylko, jeśli chodzi o Polki. W przypadku Polaków procentowa ilość otyłych jest w zasadzie równa, choć fakt faktem, mężczyzn z wyższym wykształceniem jest o 1% mniej niż tych, którzy mają wykształcenie podstawowe i o 3% mniej, niż tych z wykształceniem średnim.

                O co więc chodzi?


PS. Gapiostwo górą! Rosnąca sterta książek do zrecenzowania (terminy!!!!), dwa wybitnie głupie kolokwia i miliardy innych rzeczy na głowie sprawiły, że dopiero wczoraj odgrzebałam ze sterty papierów styczniowy numer Superlinii (pomijam już fakt, że mam np. nieprzeczytaną od trzech miesięcy Galę i dwa ostatnie numery Uważam Rze, również nietknięte). Pluję sobie w brodę, że nie zrobiłam tego wcześniej, bo Superlinia wraz z firmą Lightbox (o której pisałam TUTAJ - to ci, którzy robią fajne dietetyczne jedzonko i wszystkie kalorie, witaminy i te inne ważne rzeczy mają wyliczone chyba do piątego miejsca po przecinku, czego nikt w warunkach domowych nie zdoła zrobić :P) robi fajną akcję, która polega na tym, że wybierają wspólnie trzy osoby z Trójmiasta i Warszawy (bo w tych miejscach działa Lightbox), które przez trzy miesiące będą jeść dietetyczne posiłki przygotowane właśnie przez Lightbox, będą uczęszczać na darmowy (!!) fitness, zaliczą sesję zdjęciową przed i po odchudzaniu i będą mieć przy tym opiekę dietetyka. I właściwie teraz to już chyba za późno, bo tylko do jutra można wysyłać swoje zgłoszenia (cytuję: W projekcie mogą wziąć udział mieszkanki i mieszkańcy Warszawy oraz Trójmiasta. Zgłoszenia należy nadsyłać do 17 stycznia 2012 r., z dołączonym aktualnym zdjęciem wraz z wymiarami (wzrost, waga, wiek), z krótkim opisem historii nadwagi i aktualnymi (nie starszymi niż trzy miesiące) wynikami badań obejmujących morfologię, oznaczenie poziomu glukozy i składników lipidowych (cholesterol całkowity i jego frakcje – LDL i HDL oraz trójglicerydy) we krwi. Uwaga: nieprawidłowe wyniki nie dyskwalifikują! Ten program przeznaczony jest właśnie dla osób z nadprogramowymi kilogramami, którym towarzyszą inne problemy zdrowotne. Prosimy o podanie adresu, numeru telefonu i adresu e-mail. Spośród nadesłanych zgłoszeń zostaną wybrane trzy osoby,
które wezmą udział w naszym nowym projekcie „Dieta jak lekarstwo”. Ukończenie 18 lat wymagane.) 

Mail: superlinia@mpublishing.pl


Fajna akcja, szkoda tylko, że wcześniej się nie zorientowałam, bo od razu dałabym znać :))))

wtorek, 10 stycznia 2012

Ta cholerna tarczyca...

            Jak to jest, gdy nasza tarczyca zaczyna być nagle naszym przeciwnikiem? Jak to jest, gdy dietetycy i lekarze twierdzą, że przy niedoczynności można utrzymać stałą wagę, a choć jesteśmy na diecie i ćwiczymy, waga wcale nie chce spaść? I wreszcie jak to jest, gdy brakuje nam już sił na bieganie od lekarza do lekarza, a mimo to nadal nie wiemy, co tak właściwie się z nami dzieje?
            Przeczytajcie relację dziewczyny, która wszystko to zna z autopsji. Która, choć czasami brak jej słów i sił, jest dla mnie jest doskonałym przykładem na to, że choroba nie jest wytłumaczeniem dla zaniedbania siebie. Bo ona walczy. Walczy jak cholera i za to należą jej się największe brawa.


Witam…

Jak trudne są początki, jak trudno jest zacząć, wie najlepiej osoba, która całe życie zmaga się z samym sobą. Zmaga się ze startem, zmaga się w trakcie i najczęściej gdzieś na tej drodze się potyka.
Zacznę więc może od tego, kim jestem. W sierpniu tego roku skończę 25 lat. W czerwcu 2011 roku ukończyłam studia wyższe. Pracuję w zawodzie. Lubię swoją pracę. Jestem w szczęśliwym związku od ponad 2 lat. Kocham i jestem kochana. Kocham jego, nie potrafię pokochać siebie.
Dlaczego?
Może to zabrzmi trywialnie, ale... jestem gruba. Nie puszysta, nie grubej kości. Po prostu. Jestem gruba. Przy wzroście 172 cm ważę obecnie 105 kg. Nigdy tyle nie ważyłam.

Moja waga zawsze była na dużo na „plusie” ale przeważnie to kontrolowałam. Kilka dni lżejszej diety i gubiłam te 2 kg. Wszystko zmieniło się jakieś 2 lata temu. Ciągłe zmęczenie, powiedziałabym wręcz - znużenie. Rozkojarzenie, nerwowość i wirująca w górę waga… Z dnia na dzień było coraz gorzej. Widok w lustrze nie pozostawiał złudzeń. Podobnie jak zbliżająca się do setki wskazówka na wadze. Zrobiłam komplet badań. Wyniki były jednoznaczne. Ostra niedoczynność tarczycy.  Zawsze wiedziałam, że znajduję się w grupie ryzyka – kiedy miałam 7 miesięcy, mój ojciec miał zabieg wycięcia tarczycy. A że jestem najmłodsza z trojga rodzeństwa i zarówno starsza siostra jak i starszy brat (40 lat, 39 lat) mają prawidłowe wyniki istniało duże prawdopodobieństwo, że to ja „zostałam obciążona”…

Przedstawię może moje wyniki, dla osób które orientują się w temacie i są w stanie coś doradzić, będzie to na pewno wskazówka.

- tarczyca lawiruje od 9.5 mlU/l (wartość referencyjna 0.27-4.20 mlU/l), poprzez 4,64 mlU/l, 2,08 mlU/l,  4,06 mlU/l, 4.85 mlU/l (pomiar w październiku)
- FT4 które jest powiązane z tarczycą od 24 mlU/l do 15 mlU/l
- insulina 22.59 mlU/ml, po 120 min 30.03 mlU/ml (przyjęcie 75 gr glukozy)
- glukoza 91 mg/dl, po 120 minutach 82 mg/dl
- prolaktyna 687 ulU/ ml, wyrzut po godzinie MTC 8348 ulU/ml


Zaczęłam walkę, walkę którą toczę nadal, ale czuję, że ciągle ją przegrywam…
Endokrynolodzy, którzy za interpretację wyników laboratoryjnych i wypisaną receptę „kasują” 150 zł. Co wizytę wyższa dawka leku, co wizytę nowe badania laboratoryjne. Prolaktyna, hormony, cukier, insulina… Mogłabym się starać o kartę stałego Klienta w laboratorium. Obecnie przyjmuję codziennie lek Euthyrox N75. Podczas ostatniej wizyty u endokrynologa zasugerowano mi dietę z niskim indeksem glikemicznym, gdyż wyniki, pomimo tego iż prawidłowe – powiązane z moją nadwagą mogą prowadzić do cukrzycy typu II. Dodatkowo obciąża mnie fakt, że zarówno w rodzeństwie Mamy jak i Taty są osoby, które na cukrzyce chorują. Babcia ze strony Mamy umarła poprzez szereg skutków które wywołała cukrzyca.
Ja walczę. Walczę ze sobą na siłowni, walczę też w kuchni. Jednak czuję, że cały czas choroba wygrywa. Zostawiając kolejne pieniądze w laboratoriach czy u lekarzy, odchodzę z silniejszą dawką leku a waga stoi, albo wręcz rośnie… Czuję, że jestem kolejną receptą, a nie osobą która potrzebuje pomocy.

           
            Jak widzicie, sytuacja jest nietypowa. Stąd mój gorący apel i prośba o pomoc. Jeśli wśród Was jest ktoś, kto zmaga się z podobnym problemem i chciałby o tym porozmawiać, lub coś zasugerować, niech napisze parę słów w komentarzu. Będzie miło, jeśli zostawicie również swój adres mailowy, wówczas autorka listu będzie mogła się z Wami skontaktować. Możecie pomóc sobie nawzajem - w grupie siła! :) 

środa, 4 stycznia 2012

Polko! Polaku! TYJESZ!

Gonimy Amerykanów. Gonimy niestrudzenie. Nie pod względem zarobków, czy jakości życia, ale otyłości. Brzmi jak żart, a żartem wcale nie jest. Lekarze biją na alarm, a Polacy obżerają się w najlepsze i tyją na potęgę.

Eurostat, Urząd Statystyczny Unii Europejskiej opublikował niedawno wyniki badań, przedstawiające odsetek otyłych w dziewiętnastu krajach Unii, w latach 2008-2009. I choć Brytyjki zajęły w tym rankingu niechlubne pierwsze miejsce (jedna czwarta brytyjskich kobiet cierpi na otyłość!), Polki znalazły się niestety w pierwszej dziesiątce.

Idzie złe.  

Za Brytyjkami w rankingu znalazły się Maltanki, Litwinki i Estonki, za nimi Węgierki, Czeszki, Greczynki i Słowenki. No i my. Kobiecą dziesiątkę zamykają Słowaczki. O dziwo, we Włoszech, kraju słynącym z wyśmienitej pizzy i makaronów, otyłych jest zaledwie 9% kobiet (w Polsce 15,7%)!

W przypadku panów wcale nie jest lepiej. Gdy pewnego razu pisałam, że Polacy to niechluje, spadły na mnie gromy. Okazuje się, że niesłusznie, bo Polacy w zestawieniu najbardziej otyłych Europejczyków zajmują szóste miejsce (17% otyłych). Prym wiodą Maltańczycy.

  Eurostat podzielił kobiety i mężczyzn na cztery grupy wiekowe (18-24, 25-44, 45-64, 65-74).

Jak procentowo rozkładają się te wyniki?

Jeśli chodzi o kobiety:
- 18-24 – 2.1%
- 25-44 – 7.5%
- 45-64 – 22.9%
- 65-74 – 27.6%

W przypadku mężczyzn:
- 18-24 – 4.1%
- 25-44 – 14.4%
- 45-64 – 23.6%
- 65-74 – 24.6%

Łatwo można zauważyć, że wśród kobiet, liczba otyłych w przedziale wiekowym 25-44 zwiększa się o ponad trzy razy w stosunku do poprzedniego przedziału! A mówiłam, że po ślubie waga idzie w górę, bo się paniom starać nie chce? (Mam chłopa, w suknię weszłam, to teraz mogę żreć) Dowód jest? Jak byk! Ale nie tylko panie tyją. Mężczyźni o dziwo, największy skok procentowy notują prawie po równo w przedziałach 25-44 i 45-64.

Jest również zeczą wartą zauważenia, że najmniejszy procent osób otyłych notują obywatele Rumunii (kobiety 8%, mężczyźni 7,6%). 

Jaki z tego wniosek? Ano taki, że tyjemy. Ameryki nikt nie odkrył, bo wystarczy wyjść na ulicę i przekonać się samemu, że ilość  przewalającego się wokół sadełka rośnie. Do kosza należy wsadzić mit o otyłych Włochach – wyniki mówią same za siebie. Włosi jedzą makarony, pizzę, piją olbrzymie ilości wina... i procent otyłych jest u nich niemal najniższy! Dlaczego? Bo we Włoszech je się również warzywa, co u nas wciąż niestety często traktowane jest jak kara boska za grzechy (A ja to co, królik, żeby zieleninę jeść?). Eksperci mówią, że przyczyną takich, a nie innych wyników, jest niesprzyjająca sytuacja finansowa i mniejsza zasobność portfeli Europejczyków. Że zdrową żywność zastępują oni mocno przetworzoną, w której aż roi się od węglowodanów i tłuszczu. Eksperci ekspertami, a ja mówię tak:

JESTEŚMY LENIWI. Nie wkładamy za grosz wysiłku w przygotowanie zdrowych posiłków. Bo wydaje nam się, że mniejszej ilości energii wymaga od nas pójście do KFC, lub kupienie mrożonej pizzy, niż przygotowanie pełnowartościowego posiłku. JESTEŚMY LENIWI. Nie ruszamy się, a naszym jedynym wysiłkiem fizycznym jest podniesienie tyłka z sofy, żeby podreptać do kuchni. JESTEŚMY LENIWI. Nie uczymy naszych dzieci zdrowego odżywiania i spełniamy wszystkie ich zachcianki. Bo w telewizji reklamują soczki, jogurciki i batoniki – a wszystko to cukier, cukier i jeszcze raz cukier! JESTEŚMY LENIWI. I NIEWYDUKOWANI. Bo nie mamy pojęcia o tym, co jest zdrowe, a co nie, za co nasz organizm będzie nam wdzięczny, a za co się na nas obrazi. Co więcej – NIE CHCEMY TEGO WIEDZIEĆ! Nie próbujemy nawet myśleć o tym, jak wielką krzywdę robimy samym sobie. I będzie, niestety, jeszcze gorzej.


A to odchodzi w niepamięć...


poniedziałek, 31 października 2011

Nocne żarcie.

                ŻARCIE. Inaczej tego nazwać nie umiem. Niezależnie od tego, ile razy zastanawiałam się nad tym, skąd bierze się problem nocnego wyżerania z lodówki czegokolwiek-co-wpadnie-w-ręce, nie doszłam jak dotąd do żadnych mądrych wniosków. A nocne żarcie to problem, który dotyka wielu. 

                Nigdy nie miałam problemu z jedzeniem w nocy. Nie, żeby było to szczególne osiągnięcie, zwłaszcza że w ciągu dnia zjadałam ilości, których wielu ludzi zwyczajnie nie zmieściłoby w swoich żołądkach. Ale wymykanie się po kryjomu, pod osłoną nocy, do kuchni? Na litość boską – nigdy! Nocą się śpi, nie żre i to mówiłam głośno nawet wtedy, gdy mój tyłek przelewał się z lewej strony, na prawą i z powrotem. A mówiłam to, bo jedzenie w nocy było przez dłuższy czas czymś, co istniało w najlepsze i kwitło tuż obok mnie. Choćbym usilnie się starała i próbowała wykrzesać z siebie odrobinę empatii, nie rozumiem i już. Bo niby jak? Co jest przyczyną tych zachowań? Za mało jedzenia w ciągu dnia powoduje, że nocą trzeba dobić baleron, jak mawiał mój ulubieniec? Czy może po prostu jedzenie w chwili, gdy wszyscy wokół śpią, pozwala na zaspokojenie swojego – bardziej psychicznego, niż fizycznego – głodu? Medycyna nazywa to syndromem nocnego jedzenia. Do typowych objawów należą:


• brak apetytu rano (tzw. poranna anoreksja), pomijanie pierwszego posiłku przez kilka godzin po przebudzeniu;
• 50% lub więcej dziennego pożywienia zjadane po godzinie 19;
• kłopoty z zaśnięciem, wybudzanie się ze snu;
• wstawanie w nocy, żeby jeść; porcje pożywienia są zdecydowanie mniejsze niż np. w napadach bulimicznych (około 300 kcal), ale wielokrotnie powtarzane w ciągu nocy;
• spożywanie głównie produktów węglowodanowych;
• doświadczanie w związku z jedzeniem poczucia winy i wstydu, a nie przyjemności;
• pogarszanie się nastroju z upływem dnia (uczucie zmęczenia, napięcia, niepokoju, rozstrojenia, poczucie winy);
• okołodobowe zmiany poziomu określonych substancji biochemicznych - wieczorny wzrost leptyny i kortyzolu, a spadek melatoniny;
• utrzymywanie się w/w objawów przez co najmniej 2 miesiące;

(źródło: KLIK)




               Niezwykle trudno jest mi w ogóle pojąć, że komukolwiek może sprawić przyjemność opychanie się w nocy i kładzenie się do łóżka z nadmiernie obciążonym żołądkiem. Znam takich, którzy pod osłoną nocy pałaszują upieczone za dnia ciasta i ciasteczka. Oraz takich, którzy wolą na słono – kiełbasę i kotlety pozostałe z obiadu. Psychika, psychika... psychika? Ale czy KAŻDEGO, kto obżera się nocą, można uznać za cierpiącego na SNJ? Zajeżdża mi to trochę problemem z dysleksją - teraz każdego śmierdzącego lenia, który nie czyta książek i robi błędy ortograficzne, można nazwać dyslektykiem (taka moda...). Nie  wiem, może  zapomniałam już, jak to jest być otyłym i dlatego się wymądrzam (fakt, moje dawne nawyki wydają mi się tak szalenie żenujące i godne pożałowania, że samej siebie z tamtego okresu nie znoszę bardziej, niż czegokolwiek innego). Może nie próbowałam poznać uroków jedzenia w nocy i dlatego nie rozumiem? Należę do dziwnego grona ludzi, którzy nocne wstawanie łączą wyłącznie z odwiedzeniem ubikacji. Nie planuję przerzucać się z łazienki na kuchnię. A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?  




sobota, 15 października 2011

Porozmawiajmy o piersiach - wywiad z Kasią, autorką bloga STANIKOMANIA.BLOX.PL

          Macie fantastyczne pomysły i za to Was kocham! Gdy jedna z czytających nas dziewczyn zaproponowała post dotyczący doboru biustonosza, pomyślałam, że to FANTASTYCZNY pomysł! Nie wahając się ani chwili, nawiązałam kontakt z Kasią, właścicielką i autorką bloga stanikomania.blox.pl i zapytałam, czy nie zechciałaby odpowiedzieć mi na kilka pytań. Ku mojej ogromnej uciesze zgodziła się, a efektem naszej współpracy jest poniższy wywiad... Enjoy! ;)

- Witaj Kasiu! Porozmawiajmy dziś o tym, co często gnębi wiele polskich kobiet, czyli o tym, jak dobrać odpowiedni biustonosz. Wiem, że jesteś w tym temacie specjalistką, czuję się więc zaszczycona, mogąc z Tobą porozmawiać. Powiedz proszę, jak to się stało, że zaczęłaś zgłębiać ten temat?

          Zaczęło się prozaicznie – od biustu, który jakoś nie mógł „dogadać się” z dostępnymi w sklepach biustonoszami. Wydawało mi się, że szwankują w nich proporcje - miseczki odpowiednio duże, by zmieścić moje piersi, zawsze były z tajemnych przyczyn przyszyte do zbyt szerokich dla mnie obwodów. Wkrótce okazało się, że takich jak ja, kobiet z większymi biustami, które z konieczności noszą nieodpowiednie rozmiary biustonoszy, jest więcej. Dowiedziałam się tego, trafiając przypadkiem na forum Lobby Biuściastych. Dzięki temu forum odkryłam, że bielizny mogę szukać także poza Polską, i że są firmy, dla których rozmiary typu 75G czy 65H stanowią normalną część oferty. Byłam zachwycona.
Postanowiłam więc podzielić się swoimi odkryciami z innymi kobietami, a blog wydał mi się dobrym medium do tego celu. Miałam przy tym nadzieję, że pod naciskiem klientek polski rynek kiedyś zrozumie, że nasze piersi występują w nieporównanie większej liczbie wariantów niż miseczki A-D dla obwodów 70-90, i że wszystkie kobiety, niezależnie od wymiarów, chcą nosić ładną, elegancką bieliznę. Moje marzenie jest coraz bliższe spełnienia, a dużo lepsze ode mnie specjalistki – bra-fitterki – już pracują w licznych sklepach z bielizną o szerokiej rozmiarówce. Od powstania „Stanikomanii” minęło już prawie pięć lat. W tym czasie w Polsce dokonała się prawdziwa biuściasta rewolucja i to rękoma konsumentek – moich czytelniczek, z czego jestem bardzo dumna.

- Nie chcę pytać Cię o rzeczy ogólne, czyli na przykład o to, jakie błędy popełniamy przy doborze biustonosza. O tym można przeczytać na Twoim blogu, więc czytelniczki na pewno same chętnie tam zajrzą. Jestem jednak ciekawa, jak wygląda sprawa z biustonoszami dla kobiet z nadwagą i otyłych? Wiadomo, że są to kobiety o dużo szerszym niż zwykle obwodzie pod biustem i często z bardzo dużym biustem. Wiele z nich kupuje biustonosze na halach targowych, ponieważ wydaje im się, że nie mają innego wyjścia. Czy polski rynek jest w stanie zaspokoić ich oczekiwania?

          Muszę z góry uprzedzić, że moja opinia nie będzie poparta osobistym doświadczeniem - mnie samej wystarcza raczej średni obwód 80, a ponieważ rozmiar miseczki i tak wyklucza zaopatrywanie się u większości polskich producentów, jestem, paradoksalnie, w całkiem niezłej sytuacji :) Po prostu większość mojej bielizny i tak musi pochodzić z importu. 
          Z moich obserwacji wynika, że biustonoszy o obwodach 80+ i najpopularniejszych miseczkach z zakresu A-D jest na rynku sporo. Większość tej bielizny jednak pozostawia wiele do życzenia jeśli chodzi o jakość i solidność materiałów oraz dostosowanie kroju do potrzeb osób tęższych, nie mówiąc już o estetyce. To samo zjawisko obserwuję często przyglądając się produktom firm aspirujących do zaopatrywania kobiet D+. Polskie firmy muszą zrozumieć, że biustonosz w rozmiarze 85G czy 65H nie może być uszyty tak samo i z takich samych materiałów, jak biustonosz w rozmiarze 70B. Konieczność zapewnienia podtrzymania większemu biustowi tudzież wygody szerszemu podbiuściu wymaga zastosowania specjalnych rozwiązań, jak odpowiednio pracujące, nie nadmiernie elastyczne dzianiny, dobrej jakości ramiączka (nie rozciągające się niczym guma od majtek), solidna konstrukcja. Jednocześnie rozwiązania te nie muszą wiązać się z rezygnacją z lekkości wizualnej czy atrakcyjnych wzorów. Tęższe panie też chcą wyglądać ładnie i kształtnie!
          A co z rozmiarami nie mieszczącymi się w tym (na szczęście już nieaktualnym) standardzie A-D? Biuściasta rewolucja, o której wspomniałam wyżej, przyniosła już rozwiązanie problemów kobiet szczupłych o wydatnych biustach, którym pięć lat temu nasz rynek nie oferował kompletnie nic. W sklepach prowadzących bra-fitting i zaopatrzonych w brytyjskie i polskie marki z zakresu D+ można bez problemu dostać biustonosze w rozmiarach typu brytyjskie 30(65)F czy 32(70)G. Prawdziwy kłopot zaczyna się przy większych obwodach pod biustem. Już 80 pod biustem (angielski obwód 36) bywa trudne do zdobycia – pisałam o tym w swoim artykule „Równouprawnienie osiemdziesiątek” (KLIK) Co ciekawe – najpopularniejsze zagraniczne marki D+, jak Freya czy Panache, doprowadzają swoją ofertę do obwodu 85, często 90. Polskie sklepy natomiast kończą zamawianie na 75!
          I tu właśnie chciałabym zwrócić się do Twoich czytelniczek. Sklepy tłumaczą się, że nie zamawiają większych obwodów, gdyż te nie sprzedają się tak dobrze, jak mniejsze. Obserwacja naszych ulic natomiast mówi mi, że kobiet potrzebujących większych rozmiarów obwodów jest mnóstwo! Dlaczego nie zgłaszają zapotrzebowania na pasującą bieliznę? Czemu nie domagają się jej w sklepach? Czemu tak rzadko odzywają się na forach i blogach związanych z bielizną? Dziewczyny, rynek musi usłyszeć Wasz głos, inaczej nic się nie zmieni!
          Warto również zauważyć, że na rynku zarówno polskim, jak i brytyjskim (bo stamtąd pochodzi większość biustonoszy D+) istotnie brakuje marek skierowanych specjalnie do tęższych kobiet. Znam tylko jedną markę naprawdę dobrze dostosowaną do potrzeb pełnej figury i większego biustu, a mianowicie brytyjską Elomi (Artykuł na temat aktualnej kolekcji: KLIK). W polskich sklepach jest ona rzadkością. To bielizna nietania, ale bardzo solidnie wykonana, wygodna i przy tym piękna, mogę ją z czystym sumieniem polecić. Chciałabym, żeby kiedyś powstał jakiś rodzimy odpowiednik tej marki.

- Jak według Ciebie w kwestii stanikowej powinna postępowań kobieta, która jest na diecie i dość szybko gubi wagę? Chodzi mi o to, że nie każda z pań może pozwolić sobie na zakup nowego, dobrego biustonosza, powiedzmy co miesiąc. Kobieta chudnie, obwód pod biustem się zmniejsza, biust również... co wtedy?

          Obawiam się, że całkowita rezygnacja z zakupów jest niemożliwa. Niektórzy producenci bielizny ciążowej twierdzą wprawdzie, że ich biustonosze „rosną wraz z biustem”, co jest oczywiście bzdurą, nikt jednak do tej pory nawet nie zaproponował biustonoszy malejących… Lekki luz w miseczkach nie jest jeszcze powodem do paniki, niewielki luz obwodowy można zniwelować zapinając się na ciaśniejsze haftki albo trochę zwężając sam obwód u krawcowej. Są jednak granice, wyznaczone przez podtrzymanie. Piersi nie powinny grzechotać w miseczkach, biust nie powinien zwisać i kołysać się przy każdym ruchu w staniku o za luźnym obwodzie. Za duże spodnie możemy przytrzymać paskiem, za luźny biustonosz co najwyżej zawiązać sobie na kokardkę na plecach albo w ogóle z niego zrezygnować. Oczywiście wszystkie mamy swoje ograniczenia, ale warto w ramach dostępnych środków starać się zadbać o „ostanikowanie”, choćby kupując nowy stanik zamiast nowej bluzki.

- W jaki sposób zadbać o biust podczas odchudzania, by zapobiec utracie jego jędrności? 

          Słyszałam, że najłaskawsze dla ciała, w tym biustu, są popularne ostatnio diety białkowe, na czele z dietą Dukana – podobno wysoka zawartość białka w pożywieniu sprawia, że dużo mniej wiotczejemy (Jak  wiadomo, ani ja, ani Waldek diety Dukana absolutnie nie popieramy - przyp. limonka). Nie będąc jednak specjalistką w tej dziedzinie, nie odważę się polecać nikomu konkretnej diety. Mogę natomiast pocieszyć, że sfatygowany odchudzaniem biust potrafi z czasem naprawdę zyskać na wyglądzie. Konieczny jest dobrze podtrzymujący biustonosz, który zapobiegnie dodatkowemu rozciąganiu się tkanek pod własnym ciężarem. Jeśli oprócz diety uprawiamy sport, niezbędny jest dobry stanik sportowy! Podczas zajęć sportowych do grawitacji dochodzą bowiem znacznie większe obciążenia. Nie wystarczy nam jeden z tych rozciągliwych bra-topów w „uniwersalnych” rozmiarach – nasze więzadła Coopera, które są wewnętrznym „rusztowaniem” piersi, potrzebują wsparcia w postaci specjalistycznego „przymurowywacza biustu” :) Oprócz tego warto oczywiście zadbać o skórę poprzez regularne nawilżanie, nie wierzę jednak w cuda w postaci „staników w kremie”. Nic nie zastąpi stanika prawdziwego.

- Co mogłabyś powiedzieć na temat tzw. migracji biustu? Przyznaję bez bicia – dowiedziałam się o tym dopiero niedawno. Pozwól, że opowiem. Nigdy nie miałam olbrzymich piersi, a po zrzuceniu czterdziestu kilogramów w mojej biuściastej strefie nie jest najciekawiej. W zasadzie jestem prawie płaska. Ale po przeczytaniu na temat migracji i wygarnianiu biustu aż z pleców (dobrze mówię?) odkryłam, że jednak mogę ten swój mikrobiust odrobinkę powiększyć. Jest bardzo wiele kobiet, które po odchudzaniu mają naprawdę małe piersi, których jędrność pozostawia wiele do życzenia. Czy mogłabyś powiedzieć coś na ten temat?

          Migracja biustu to zjawisko trochę mitologizowane. Nie zawsze można oczekiwać cudu w postaci powiększenia biustu o kilka miseczek poprzez przeprowadzenie tłuszczu z pleców na przód klatki piersiowej. Zwłaszcza, jeśli tego tłuszczu jest tam niewiele. Ale w pewnym zakresie to rzeczywiście działa! Najbardziej widoczne przemiany występują u kobiet, które latami nosiły zły rozmiar biustonosza – o za małych miseczkach i za szerokim obwodzie pod biustem. Mówimy tu nie tyle o migracji, co o powrocie z długiej emigracji :) Często zdarza się, że część tkanki tłuszczowej związanej z piersiami tak długo była uporczywie przepychana pod pachy, że częściowo tam się przemieściła. Czasem wystarczy tylko prawidłowo włożyć biustonosz w odpowiednim rozmiarze, by przekonać się, że miseczki, które z pozoru wyglądały na za duże, magicznie się wypełniają. I owszem, ten zagarniający ruch aż z pleców w tym pomaga. Łatwo zrozumieć, jak to działa, robiąc eksperyment w drugą stronę – wystarczy włożyć za małe miseczki, a na plecach pojawiają się charakterystyczne wybrzuszenia. Spłaszczając piersi z przodu i spychając je pod pachy sprawiamy, że tamtejsza tkanka tłuszczowa przesuwa się nieco w tył, tworząc na plecach wypukłości.
          Podsumowując, myślę, że zawsze warto przede wszystkim sprawdzić, czy na pewno nosimy prawidłowy rozmiar. Piersi są miękkie i bardzo plastyczne – dają się, na swoje nieszczęście, upychać i formować na różne sposoby – trzeba dbać o to, by nie postępować wbrew ich naturze i nie wysyłać ich tam, gdzie nie powinno ich być. Przede wszystkim zaś trzeba je polubić takimi, jakie są – zrozumieć, że prawdziwe piersi niezwykle rzadko przypominają te idealnie kształtne i sterczące baloniki fotomodelek z kolorowych magazynów. Nasze biusty są tak samo różnorodne, jak twarze. Biustonosz może zdziałać wiele, może nawet zmienić wygląd całej sylwetki – ale nie sprawi, że piersi staną się dwukrotnie większe albo mniejsze, czy też zaczną rosnąć nam pod samą brodą. Zawsze jednak może poprawić nam humor! Zwłaszcza jeśli jest ładny. Piękna bielizna dla każdego, niezależnie od rozmiaru – to moje stanikomaniackie credo :)

 KONIEC!! :) 
      
          A teraz, moje Drogie, dzięki pewnym baaaaardzo miłym osobom i dzięki pomocy Kasi, mogę zaprezentować Wam jedne z najpiękniejszych biustonoszy dla dużych rozmiarówek, które możecie kupić przez Internet! 

Zdjęcia bielizny marki Elomi z zasobów dystrybutora: brastyle.pl




Powyższą bieliznę kupić można np. w sklepach: Peachfield , Intimo , Lingeria



Zdjęcia bielizny marki Ewa Michalak -  





Jak Wam się podobają? Ja dałabym wiele, żeby mieć taki ładny i duży biust, jak dziewczyny na zdjęciach...  :)))) 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...