Brak mi czasu. ZNÓW. Napisałabym o jedzeniu. Napisałabym o tym, co dzieje się w głowie otyłego. Podzieliłabym się przepisem, albo napisała coś na poprawienie humoru. Ale NIE MAM CZASU! Lista tematów "na zaś" wciąż się wydłuża. Może uda mi się wyrobić z pisaniem do lipca? Póki co dzielę się z Wami linkiem do recenzji kolejnej książki nt. jogi - lepszej od poprzedniej, zdecydowanie. A dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że dzięki niej dowiadujemy się, KTÓRE mięśnie pracują podczas przybierania danej pozycji. Zerknijcie, może przypadnie Wam do gustu :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 19 marca 2012
środa, 14 marca 2012
Diane Kress - Cud metaboliczny
Od czasu do czasu zdarza mi się sięgnąć po książki poświęcone dietom. Tak po prostu, z czystej ciekawości i z chęci wzbogacenia dotychczas zdobytej przeze mnie wiedzy. Jednak na rynku jest ich tak wiele, że liczba ta skutecznie potrafi zmącić w głowie, a ich jakość bardzo często pozostawia wiele do życzenia.
Gdy w moje ręce wpadła książka Cud metaboliczny, autorstwa Diane Kress, dietetyczki z ponad dwudziestopięcioletnim doświadczeniem, moją uwagę zwrócił fakt, że traktuje ona o czymś, z czym do tej pory nigdy się nie spotkałam. Chodzi mianowicie o metabolizm typu B. Najprościej ujmując, według autorki, osoby posiadające ten typ metabolizmu charakteryzują się między innymi tym, iż mogą jeść NIEWIELE i dużo ćwiczyć, a mimo przybierać na wadze, lub po prostu mieć olbrzymie problemy ze schudnięciem. Metabolizmowi typu B często towarzyszy cukrzyca, wysoki poziom cholesterolu, permanentne zmęczenie, problemy ze snem, czy bóle głowy.
Dieta proponowana przez Diane Kress polega na tym, by nauczyć swój organizm prawidłowego trawienia węglowodanów. Jak sama pisze:
Przez metabolizm B nadmiernie reagujesz na węglowodany, gdyż organizm wydziela zbyt duże ilości insuliny, hormonu powodującego wzrost stężenia tłuszczów we krwi (w postaci cholesterolu i trójglicerydów) oraz ich ilości w całym organizmie (w postaci tłuszczu odkładanego w fałdzie na brzuchu).
Etap pierwszy diety trwa 8 tygodni i polega na usunięciu z diety większości węglowodanów, czego celem ma być odpoczynek przeciążonej trzustki i wątroby podczas obkurczania komórek tłuszczowych. Etap drugi trwa od 8 tygodni do momentu uzyskania pożądanej wagi i polega na przywracaniu zdrowych węglowodanów w odpowiednich ilościach i o odpowiednich porach, co powodować ma dalsze spalanie tłuszczu i chudnięcie. Etap trzeci z kolei to etap mający z założenia trwać do końca życia i polega on na utrzymaniu prawidłowej ilości węglowodanów oraz stabilizacji wagi.
W książce zamieszczonych jest bardzo wiele przykładów mających pomóc odchudzającemu się w prawidłowym doborze produktów składających się na jego posiłek, a spora ilość przepisów na niskowęglowodanowe dania to duże ułatwienie w przygotowywaniu potraw. Cała idea diety brzmi rozsądnie i z pewnością przynosi wiele pozytywnych skutków, niemniej sposób objaśnienia poszczególnych zasad dotyczących liczenia węglowodanów jest momentami dość niełatwy. Należy dobrze się skupić, by zrozumieć i przyswoić sobie reguły diety. Brakowało mi w książce nieco mniej skomplikowanego języka, mogłabym również zwrócić uwagę na kilka składników wymienionych w przepisach, które w Polsce są albo niezwykle trudno dostępne, albo bardzo drogie. Są to jednak szczegóły, nie mające większego wpływu na ogólną jakość książki. Zachęcam do zapoznania się z nią, być może przypadnie Wam do gustu i sprawi, że podejmiecie próbę zmierzenia się samodzielnie z cudem metabolicznym.
piątek, 24 lutego 2012
O jodze
![]() |
| Po kliknięciu na okładkę zostaniecie przeniesieni na stronę internetową, gdzie można kupić tę książkę |
Kilka dni temu dostałam kilka interesujących książek o RUCHU. Nie o bieganiu, nie o fitnessie. O JODZE. I stretchingu, ale o tym za jakiś czas. Chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami z czytania, bo chociaż pełną recenzję umieszczę na Zielonej Cytrynie, tematyka książki na tyle może wiązać się ze zdrowym trybem życia, że warto o niej napisać.
Jak pisze autor książki:
Dzięki jodze człowiek cywilizowany może znaleźć radość życia. Joga daje zdrowie i długowieczność poprzez asany, które wyrabiają giętkość rdzenia kręgowego (fundament życia), uspokajają nadmiernie podrażnione nerwy, rozluźniają mięśnie, odżywiają narządy i ich ośrodki nerwowe. Pranayama (ćwiczenia oddechowe) dostarcza tlen i energię do każdej komórki, oczyszcza organizm, spalając odpadki przemiany materii, wydala trucizny, a równocześnie dzięki odprężeniu pozwala jednostce zachować integralność swego systemu nerwowego, zapobiega nerwicy i leczy bezsenność. (s. 15)
W pierwszej części książki, André van Lysbeth pisze o prawidłowym oddychaniu. Dowiadujemy się, że istnieją trzy rodzaje oddychania: przeponowy (tj. brzuszny, najkorzystniejszy rodzaj oddychania), żebrowy (tzw. oddychanie „atletyczne” – w połączeniu z oddychaniem przeponowym powoduje wystarczające wietrzenie płuc) i obojczykowy (w ten sposób najczęściej oddychają kobiety – obojczyki podnoszą się i tylko górna część płuc otrzymuje świeże powietrze). Autor przytacza ćwiczenia mogące pomóc nam w nauce prawidłowego oddychania i okazuje się, że wcale nie jest to takie proste, co jest wystarczającym dowodem na to, że większość z nas oddycha nieprawidłowo (stąd zmęczenie, nerwowość, drażliwość, niektóre choroby). Zdaniem autora, prawidłowy oddech powoduje, że jesteśmy pełni energii, bardziej radośni i zrelaksowani.
W drugiej części książki przedstawiono serię dziewięciu asanów, idealną dla początkujących adeptów jogi. Każda asana trwa 1-2 minuty, co sprawia, że ich wykonanie nie zajmuje wiele czasu i każdy z nas jest w stanie wygospodarować sobie w ciągu dnia parę chwil na ich ćwiczenie. W kolejności przedstawione są tu następujące asany: Sarvangasana (Świeca), Halasana (Pług), Matsyasana (Ryba), Pashchimotanasana (Szczypce), Bhujangasana (Kobra), Shalabasana (Świerszcz), Dhanurasana (Łuk), Ardha-Matsyendrasana (Korkociąg), Shirshasana (Postawa na głowie). Choć ich nazwy brzmią niezwykle skomplikowanie, ich wykonanie nie przysparza przesadnej trudności – Sarvangasana to powszechnie znana nam „świeca”, przy ćwiczeniu której nasze ciało spoczywa na ramionach i karku, a nogi i tułów uniesione są do góry. Przy każdej z asanów przedstawiony jest dokładny jej opis, wraz ze zdjęciami i szczegółową instrukcją mówiącą nam, w jaki sposób przybrać daną pozycję, co jest olbrzymim ułatwieniem dla tych, którym suchy, słowny opis niewiele mówi. Co najistotniejsze, autor nie zmusza nas do wykonywania wszystkich asan już na samym początku naszych ćwiczeń – radzi natomiast, by ćwiczyć je bez pośpiechu, dochodząc do jak najdokładniejszego opanowania każdej z nich.
Największe wrażenie zrobiło na mnie to, iż okazuje się, że ćwiczenie nawet podstawowych pozycji jogi, jest niezwykle korzystne dla naszego organizmu. Usprawnia krążenie, zapobiega powstawaniu żylaków (z którymi już nawet młode kobiety mają wiele problemów), sprzyja utrzymaniu prawidłowej postawy kręgosłupa i likwiduje bóle w jego okolicach, zapobiega dolegliwościom ze strony układu pokarmowego, polepsza krążenie mózgowe i przede wszystkim relaksuje, co jest szalenie ważne przy pędzącym i stresującym trybie życia, który prowadzi większość z nas. Ale to nie wszystko! Co może być istotne dla osób dbających o linię – niektóre z asan prezentowanych w książce likwidują tkankę tłuszczową, wzmacniają mięśnie brzucha i redukują obwód talii.
Poniżej kilka z wymienionych w książce pozycji, które znaleźć można na YT:
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu:
środa, 8 lutego 2012
Mężczyźni wolą krągłości
Bycie na bieżąco z nowościami wydawniczymi ma wiele zalet. Dziś chciałabym wspomnieć o czymś, co wczoraj wywołało u mnie paroksyzmy śmiechu…
Najwyraźniej Pierre Dukan, twórca słynnej na całym świecie białkowej diety, która przynosi więcej szkody, niż pożytku, postanowił zarobić również na tych, którzy oparli się jego diecie.
Naprawdę? Pan tak na serio? Najwyraźniej tak, bo opis wydawcy brzmi kusząco (jak dla kogo…) i może skusić wiele kobiet.
Odrobinę przewrotna książka chwaląca kobiece krągłości, napisana przez doktora Pierre'a Dukana, dietetyka, autora bestsellera „Nie potrafię schudnąć". Jeśli jesteś krągła, a nawet pulchna, bujna i okazała, o jędrnej, gładkiej skórze, powinnaś zaufać tym oznakom kobiecości, jakimi zostałaś obdarowana, i polubić je. Masz dużo większe szanse niż kobieta wychudzona, by uwieść i przywiązać do siebie mężczyznę, a w dodatku odnaleźć szczęście. Przeczytaj tę książkę, doda ci ona siły i wiary, że można się oprzeć wszechobecnej presji odchudzania. Powinnaś również zadać sobie pytanie, które do tej pory nie przychodziło ci do głowy: „A może jestem ładna i seksowna właśnie taka, jaka jestem?". dr Pierre Dukan
Wydawnictwo Nasza Księgarnia na swojej stronie internetowej opublikowało fragment książki. Pozwolę sobie zacytować kilka ciekawszych (znów: jak dla kogo) fragmentów, które szczególnie mnie uradowały:
"Przyznam się tu do czegoś, co z pewnością zaskoczy wielu z was. Osobiście uważam, że kult szczupłej figury i jego kulturowa otoczka są jeszcze bardziej niebezpieczne niż nadwaga. Nie tyle pod względem fizjologicznym (rzadko ludzie umierają z głodu w pogoni za ideałem), ile psychologicznym i socjologicznym. Kult ten świadczy o zachwianej równowadze społecznej, dotyczy bowiem tego, co w ciele kobiety jest najbardziej naturalne."
"Regularnie przychodzą do mnie po poradę otyłe panie, czasami bardzo otyłe, z trudem mieszczące się w malutkiej windzie, która dowozi je do mojego gabinetu. Widuję również kobiety na tyle chude, że one również muszą się udać do lekarza. Zawsze uderza mnie fakt, że otyłe nigdy nie mają problemów z uprawianiem seksu. Nawet te niewyobrażalnie grube. Ich mężowie narzekają, kłócą się z nimi z tego powodu, czasami pożycie seksualne staje się mniej regularne, lecz nie zanika. Widywałem kobiety ważące sto pięćdziesiąt kilo, które trudno było ubrać i przetransportować, ale które codziennie przeżywały orgazm. Chudość jest w łóżku dużo mniej pociągająca. Wielu wyda się to paradoksalne, ale często to właśnie chude kobiety bezskutecznie czekają na rozkosz. Wiem, że trudno w to uwierzyć, sam byłem zdziwiony, ale stwierdziłem to w codziennej praktyce i uznałem za fakt. Znam przypadki kobiet, które odwracają się od seksu tylko dlatego, że wstydzą się swego bujnego ciała, a spojrzenie partnera spoczywające na wałkach tłuszczu pali je jak ogień. Kobiety te często przychodzą do mnie z mężami, którym zależy na tym, aby żona schudła, bo wiedzą, że tylko wtedy powróci w ich ramiona. Znam również przypadki, nadzwyczaj rzadkie, bogatych mężczyzn o wysokiej pozycji, pochodzących z Afryki czy Bliskiego Wschodu, którzy dosłownie tuczą żony, aby zrobić z nich rzeczywiście opasłe kurioza. Nie są kanibalami, ale mają dziwną namiętność do zwałów kobiecego tłuszczu."
"W gabinecie widuję również bardzo szczupłe kobiety. Dużo rzadziej, od kiedy świat zaczął przyznawać im rację. Ale te naprawdę chude same czują, że coś jest nie tak, bo to, co zdaje się marzeniem kobiet przy kości, dla nich okazuje się koszmarem. Nie licząc wielu zaburzeń, o których powiem w rozdziale o przesadnym odchudzaniu się, chudość zagraża seksualności. Chucherka ubrane w zwiewne, obszerne stroje mogą się wydawać ponętne, ale kiedy opada zasłona ubrania, tracą kochanków jednego po drugim. Pozostają im jedynie ci o perwersyjnych i chorobliwych upodobaniach."
Jak dla mnie, pan Dukan pobił sam siebie. Po niezrozumiałym sukcesie własnej diety, która została uznana za jeden z NAJGORSZYCH sposobów odżywiania, Pan DE postanowił sięgnąć do portfeli grupy odpornej na kult szczupłej sylwetki. Jednego odmówić mu nie można – ma chłop łeb na karku.
piątek, 18 listopada 2011
Natalia Rogińska - Gruba
Ilość stron: 256
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ocena (1-10): 4 – może być
Nie czytałam jeszcze książki, która opowiadałaby o grubasce (pomijając moją, na której skończenie permanentnie brak mi czasu i chęci) i o tym, jak jej się żyje. Z tego też powodu, gdy w jednej z gdańskich bibliotek mignęła mi na półce różowa okładka Grubej, wypożyczyłam ją z ciekawością, chcąc przekonać się, co też jej autorka wymyśliła.
Zaczyna się całkiem przyzwoicie. Główną bohaterką książki jest Magda, zajmująca się grafiką komputerową. To naprawdę gruba, dwudziestoośmioletnia baba, która pracowniczym biurku ukrywa kilogramy słodkości, podjadane przez nią w czasie pracy. Dziewczyna mieszka z niezwykle toksyczną matką, używającą sobie na córce w najlepsze, racząc ją mniej lub bardziej wyszukanymi epitetami. Szybko przekonujemy się, że Magdzie nie jest łatwo wytrzymywać pod jednym dachem z tą wredną, uzależnioną od ćwiczeń i programów publicystycznych kobietą, dlatego też z utęsknieniem wyczekuje na odebranie wymarzonych kluczy od dawno już kupionego mieszkania. Dużo czasu spędza u swojej ukochanej babci, z którą wspólnie obżerają się słodkimi przysmakami (brzmi znajomo...). Babcia Magdy jest jedyną osobą, która uważa, że jej wnuczka wygląda zdrowo, ale nie grubo. Prawdą jest jednak, że nasza bohaterka dawno przekroczyła sto dwudziesty kilogram i wciąż tyje w najlepsze, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Dopiero gdy staje na wadze w gabinecie lekarskim, coś do niej trafia...
Świetnie. Magda jest najgłupszą bohaterką książki, jaką ostatnio poznałam (gorszą nawet od Wiktorii z Ja, diablica). Nie wiem, czy autorka była kiedykolwiek gruba (dam sobie rękę uciąć, że nie, i chyba trochę za mało czasu spędziła na śledzeniu w Sieci wypowiedzi osób otyłych), bo jej pojęcie o tym, jak zachowują się grube kobiety, co czują i jak odbierają otoczenie, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Bohaterka książki jest nadzwyczaj tolerancyjna dla swojej otyłości. Opis tego, jak zjadła (mam ochotę użyć słodkiego wulgaryzmu, który dosadniej opisałby to, co mam na myśli) w pracy cały tort, który dostała od szefa na urodziny, sprawił, że miałam ochotę zwrócić obiad. Ktoś w pracy raczy ją nie do końca przyjemnym zdaniem? Okej, Magda słucha i dalej w najlepsze przeżuwa kolejnego tego dnia batona. Wierzcie, lub nie – to chyba najbardziej żenująca, głupia i irytująca bohaterka, z jaką kiedykolwiek miałam styczność. Sookie Stackhouse to przy niej ideał. Być może oceniam ją tak surowo, ponieważ doskonale znam problem, o którym pisze autorka (w przeciwieństwie do niej samej). Książka miała chyba być zabawna (oj tak, momentami jest, ale tylko za sprawą debilnej bohaterki), lekka (jak piórko...) i szybka w czytaniu (to zdecydowanie, chciałam ją jak najszybciej skończyć i o niej zapomnieć). To prawdopodobnie najsłabsza powieść, jaką czytałam w ciągu ostatnich kilku miesięcy i skłamałabym twierdząc, że ją polecam.
Albo nie. Jednak polecam. Jeśli macie ochotę podnieść sobie ciśnienie, przeczytanie tej książki będzie lepsze, niż wypicie pięciu filiżanek kawy.
Zaczyna się całkiem przyzwoicie. Główną bohaterką książki jest Magda, zajmująca się grafiką komputerową. To naprawdę gruba, dwudziestoośmioletnia baba, która pracowniczym biurku ukrywa kilogramy słodkości, podjadane przez nią w czasie pracy. Dziewczyna mieszka z niezwykle toksyczną matką, używającą sobie na córce w najlepsze, racząc ją mniej lub bardziej wyszukanymi epitetami. Szybko przekonujemy się, że Magdzie nie jest łatwo wytrzymywać pod jednym dachem z tą wredną, uzależnioną od ćwiczeń i programów publicystycznych kobietą, dlatego też z utęsknieniem wyczekuje na odebranie wymarzonych kluczy od dawno już kupionego mieszkania. Dużo czasu spędza u swojej ukochanej babci, z którą wspólnie obżerają się słodkimi przysmakami (brzmi znajomo...). Babcia Magdy jest jedyną osobą, która uważa, że jej wnuczka wygląda zdrowo, ale nie grubo. Prawdą jest jednak, że nasza bohaterka dawno przekroczyła sto dwudziesty kilogram i wciąż tyje w najlepsze, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Dopiero gdy staje na wadze w gabinecie lekarskim, coś do niej trafia...
Świetnie. Magda jest najgłupszą bohaterką książki, jaką ostatnio poznałam (gorszą nawet od Wiktorii z Ja, diablica). Nie wiem, czy autorka była kiedykolwiek gruba (dam sobie rękę uciąć, że nie, i chyba trochę za mało czasu spędziła na śledzeniu w Sieci wypowiedzi osób otyłych), bo jej pojęcie o tym, jak zachowują się grube kobiety, co czują i jak odbierają otoczenie, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Bohaterka książki jest nadzwyczaj tolerancyjna dla swojej otyłości. Opis tego, jak zjadła (mam ochotę użyć słodkiego wulgaryzmu, który dosadniej opisałby to, co mam na myśli) w pracy cały tort, który dostała od szefa na urodziny, sprawił, że miałam ochotę zwrócić obiad. Ktoś w pracy raczy ją nie do końca przyjemnym zdaniem? Okej, Magda słucha i dalej w najlepsze przeżuwa kolejnego tego dnia batona. Wierzcie, lub nie – to chyba najbardziej żenująca, głupia i irytująca bohaterka, z jaką kiedykolwiek miałam styczność. Sookie Stackhouse to przy niej ideał. Być może oceniam ją tak surowo, ponieważ doskonale znam problem, o którym pisze autorka (w przeciwieństwie do niej samej). Książka miała chyba być zabawna (oj tak, momentami jest, ale tylko za sprawą debilnej bohaterki), lekka (jak piórko...) i szybka w czytaniu (to zdecydowanie, chciałam ją jak najszybciej skończyć i o niej zapomnieć). To prawdopodobnie najsłabsza powieść, jaką czytałam w ciągu ostatnich kilku miesięcy i skłamałabym twierdząc, że ją polecam.
Albo nie. Jednak polecam. Jeśli macie ochotę podnieść sobie ciśnienie, przeczytanie tej książki będzie lepsze, niż wypicie pięciu filiżanek kawy.
wtorek, 13 września 2011
Dr Chantal Tse - Kuchnia antyrakowa
Tytuł oryginału: Cuisine Anti-Cancer
Tłumaczenie: Barbara Amarowicz
Ilość stron: 366
Wydawnictwo: Esprit
Ocena (1-5): 4
Wiecie, że uwielbiam gotować. Jestem jedną z tych kulinarnych wariatek, które od piątej rano zastanawiają się, co ugotują na obiad i które w piątkowy wieczór rozmyślają się nad tym, jakie ciasto upieką w następną sobotę. Gdy spotkała mnie przyjemność przeczytania książki o produktach, które mają działanie antyrakowe, nie mogłam doczekać się jej lektury. Tym bardziej, że doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że większości ludzi nie chce się czytać książek (czego nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem) i powinnam ją polecić.
Jak podaje dr Chantal Tse, aż 30-35% zachorowań na raka ma swoją przyczynę w niewłaściwych nawykach żywieniowych! To przerażająca liczba, tym bardziej, że nie trzeba długo szukać, by znaleźć osoby odżywiające się w co najmniej niewłaściwy sposób. Zwęglone mięso, produkty spożywcze wypakowane po brzegi szkodliwymi substancjami konserwującymi i polepszaczami... nie, to wcale nie sprawia, że jesteśmy zdrowi. Wprost przeciwnie. Kuchnia antyrakowa to książka, która naprawdę może otworzyć oczy. Nowotwory są – zaraz po chorobach układu krążenia – najczęstszą przyczyną zgonów w krajach uprzemysłowionych. I jak się okazuje, najrzadziej chorują na nie osoby z krajów basenu Morza Śródziemnego, Indii, Japonii, Chin i Azji Południowo-Wschodniej. Dlaczego? Cóż, tam właśnie je się najzdrowiej.
W Kuchni antyrakowej znajduje się wiele przydatnych informacji dotyczących składników odżywczych zawartych w poszczególnych produktach, wszelkiego rodzaju kartenoidów, związkow fitochemicznych i innych, które mają dla organizmu bardzo duże znaczenie.
Część, w której znajdują się przepisy, to bogactwo pysznych i łatwych do przygotowania dań zawierających składniki przeciwrakowe. Bakłażany w pomidorach, grzyby faszerowane czosnkiem, chłodnik szczawiowy, zupa-krem ze szpinaku (aaaa! <3), korzenne szaszłyki z indyka, zapiekanka z dorsza z jabłkami... oraz wiele przepisów na pyszne desery. Co ważne – patrzyłam na te przepisy również pod kątem ich kaloryczności. Z powodzeniem mogą być stosowane przez osoby znajdujące się na diecie, co jest niewątpliwie dobrą wiadomością dla dbających o linię.
Kuchnia antyrakowa to książka otwierająca oczy. Choć nie nastraja optymizmem fakt, że na nowotwory ma olbrzymi wpływ to, co jemy, to jednak świadomość tego faktu dzięki tej książce może skłonić nas do zmiany sposobu żywienia. Wypróbowałam już dwa przepisy zawarte w książce i z pewnością w najbliższym czasie wypróbuję kolejne. Polecam!
Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję wydawnictwu:
Jak podaje dr Chantal Tse, aż 30-35% zachorowań na raka ma swoją przyczynę w niewłaściwych nawykach żywieniowych! To przerażająca liczba, tym bardziej, że nie trzeba długo szukać, by znaleźć osoby odżywiające się w co najmniej niewłaściwy sposób. Zwęglone mięso, produkty spożywcze wypakowane po brzegi szkodliwymi substancjami konserwującymi i polepszaczami... nie, to wcale nie sprawia, że jesteśmy zdrowi. Wprost przeciwnie. Kuchnia antyrakowa to książka, która naprawdę może otworzyć oczy. Nowotwory są – zaraz po chorobach układu krążenia – najczęstszą przyczyną zgonów w krajach uprzemysłowionych. I jak się okazuje, najrzadziej chorują na nie osoby z krajów basenu Morza Śródziemnego, Indii, Japonii, Chin i Azji Południowo-Wschodniej. Dlaczego? Cóż, tam właśnie je się najzdrowiej.
W Kuchni antyrakowej znajduje się wiele przydatnych informacji dotyczących składników odżywczych zawartych w poszczególnych produktach, wszelkiego rodzaju kartenoidów, związkow fitochemicznych i innych, które mają dla organizmu bardzo duże znaczenie.
Część, w której znajdują się przepisy, to bogactwo pysznych i łatwych do przygotowania dań zawierających składniki przeciwrakowe. Bakłażany w pomidorach, grzyby faszerowane czosnkiem, chłodnik szczawiowy, zupa-krem ze szpinaku (aaaa! <3), korzenne szaszłyki z indyka, zapiekanka z dorsza z jabłkami... oraz wiele przepisów na pyszne desery. Co ważne – patrzyłam na te przepisy również pod kątem ich kaloryczności. Z powodzeniem mogą być stosowane przez osoby znajdujące się na diecie, co jest niewątpliwie dobrą wiadomością dla dbających o linię.
Kuchnia antyrakowa to książka otwierająca oczy. Choć nie nastraja optymizmem fakt, że na nowotwory ma olbrzymi wpływ to, co jemy, to jednak świadomość tego faktu dzięki tej książce może skłonić nas do zmiany sposobu żywienia. Wypróbowałam już dwa przepisy zawarte w książce i z pewnością w najbliższym czasie wypróbuję kolejne. Polecam!
Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję wydawnictwu:
Korzystając z okazji, wszystkich miłośników książek ponownie bardzo serdecznie zapraszam na Zieloną Cytrynę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








